E-mail

English







Vaclav Havel wygnany z bajki

Przemówienie wygłoszone podczas uroczystego wieczoru "Vaclav Havel - pisarz i prezydent", City University of New York, 20 września 2002

Gazeta Wyborcza, 5 października 2002

Trzeba uważnie przysłuchiwać się ostrzegawczym głosom poetów i traktować je bardzo poważnie, może nawet bardziej niż głosy bankierów czy maklerów, ale nie można się łudzić, że świat dotknięty dłonią poety natychmiast zmieni się w poezję - mówi w swoim wystąpieniu Vaclav Havel


Mam w żywej pamięci koncert, którym przed blisko trzynastu laty, w lutym 1990 r., powitał mnie Nowy Jork jako nowego prezydenta Czechosłowacji. Nie był to oczywiście koncert jedynie na cześć mojej osoby. W ten symboliczny sposób uhonorowano wszystkich obywateli, którzy bez przemocy obalili reżim totalitarny w moim kraju, i wszystkich, którzy przede mną lub wespół ze mną stawiali temu reżimowi opór. Wielu ludzi w różnych krajach dostrzegało wtedy w czechosłowackiej "aksamitnej rewolucji" nadzieję na bardziej humanitarny świat, w którym słowo poetów będzie się liczyć nie mniej niż głos bankierów.


Nasze dzisiejsze spotkanie, równie przyjazne i wzruszające, skłania mnie do pytania: czy i w jaki sposób zmieniłem się przez te trzynaście lat? Jak wpłynęło na mnie to bez wątpienia długie piastowanie urzędu prezydenta? Czego mnie nauczyła nieprzebrana ilość doświadczeń, które dane mi było zgromadzić w tym epokowym okresie?


Stwierdzam rzecz zaskakującą: choć można by oczekiwać, że gromadzenie doświadczeń daje człowiekowi coraz więcej pewności siebie, niezależności i przebiegłej zręczności, ze mną było dokładnie na odwrót - przez cały ten czas traciłem pewność siebie i nabierałem coraz większej skromności. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę każdego dnia mam coraz większą tremę, coraz bardziej się boję, że z tym czy tamtym nie dam sobie rady, że coś zepsuję... Mam coraz większe kłopoty z pisaniem swych przemówień, bo coraz bardziej boję się, że beznadziejnie powtarzam w kółko samego siebie, że okrutnie rozczarowuję mych słuchaczy, zdradzam brak kompetencji, w dobrej wierze popełniam coraz większe błędy, przestaję być wiarygodny i tracę prawo do robienia tego, co robię. I podczas gdy inni, młodsi stażem prezydenci cieszą się z każdej okazji do wzajemnego spotkania czy rozmów z innymi ważnymi osobistościami, z każdego przemówienia czy wystąpienia w telewizji, ja coraz bardziej boję się tego wszystkiego - i czasami staram się unikać tego, co przecież powinienem traktować jako szansę. A jednak staram się tego unikać powodowany niemal irracjonalnym strachem, że tak czy owak zmarnuję ową szansę i tylko zaszkodzę dobrej sprawie. Krótko mówiąc, jestem coraz bardziej podejrzliwy. I im więcej mam nieprzyjaciół, tym bardziej gotów jestem przyznać im rację. Siłą rzeczy staję się głównym wrogiem samego siebie.


Jak można wytłumaczyć ten nieprawdopodobny rozwój mojej osoby? Poważnie zastanowię się nad tym chyba dopiero wtedy, gdy przestanę być prezydentem, co stanie się w lutym przyszłego roku. Wówczas to będę mógł choć na chwilę usunąć się w cień, nabrać pewnego dystansu do polityki i zacząć - znów jako całkowicie wolny człowiek - pisać coś innego niż tylko mowy polityczne.


Na razie proponuję jedno z wielu możliwych wyjaśnień. W miarę, jak się starzeję, nabieram doświadczeń i rozumu, zaczynam powoli, lecz coraz mocniej uświadamiać sobie ciążącą na mnie odpowiedzialność i przebogatą paletę zobowiązań wynikających z podjętego zadania. Niepowstrzymanie nadchodzi też czas, gdy moje otoczenie, świat i - co może najgorsze - moje sumienie przestają mnie pytać, jakie mam ideały i cele, co chciałbym osiągnąć, jak chciałbym zmienić rzeczywistość, zaczynają natomiast pytać mnie: co naprawdę osiągnąłem, co zrealizowałem ze swych marzeń, jakie ślady na ziemi pozostawię po sobie. I w tym momencie znowu pojawia się ów niepokój duszy, który kiedyś przez wiele lat kazał mi występować przeciw reżimowi totalitarnemu i iść za to do więzienia. Dziś ów niepokój każe mi głęboko wątpić w wartość mojej własnej pracy i wysiłków tych, których wspierałem lub którym torowałem drogę do zaangażowania.


Gdy dawniej otrzymywałem różne doktoraty honoris causa i wysłuchiwałem laudacji wygłaszanych na moją cześć, nieraz uśmiechałem się w duchu, że w tych uroczystych przemówieniach pojawiam się w roli niemal bohatera z bajki. W roli chłopca, który w imię dobra tak długo walił głową w mury zamku rządzonego przez złych królów, aż w końcu mury runęły, chłopiec zaś sam został królem i dobrotliwie panował przez długie lata. Bardzo sobie cenię wszystkie doktoraty i wciąż bywam przejęty podczas ich wręczania, wspominam jednak o tym drugim, nieco komicznym aspekcie sprawy, bo dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to wszystko było właściwie diabelską pułapką losu. Przecież ja rzeczywiście zostałem z dnia na dzień wrzucony do świata bajki - by później przez wiele lat spadać na ziemię i coraz bardziej uświadamiać sobie, że bajki są tylko odzwierciedleniem ludzkich marzeń i że świat naprawdę nie jest bajką. I tak - choć nigdy nie chciałem zostać bajkowym królem i choć w swej roli znalazłem się niemal z przymusu, a po trochu jako pomyłka historii - nie zostało mi oszczędzone nic z twardego upadku ze świata bajki na ziemię, ze świata rewolucyjnych emocji w biurokratyczną codzienność.


Chcę być dobrze zrozumiany. Nie twierdzę, że przegrałem swoje zmagania i wszystko jest stracone. Przeciwnie, nasz świat, ludzkość i nasza cywilizacja znalazły się dziś na najważniejszym chyba zakręcie historii. Mamy szansę większą niż kiedykolwiek, by zrozumieć swój los i dwuznaczność naszych zamiarów, by wybrać drogę rozumu, pokoju i sprawiedliwości, a nie drogę zagłady.


Wybór tej drogi oznacza wiele twardej pracy, wyrzeczeń, cierpliwości, wiedzy, spokojnej refleksji, gotowości podjęcia ryzyka, że nie będzie się zrozumianym. Oznacza też, że każdy powinien umieć oszacować swe siły i brać pod uwagę, iż wraz z nowymi zadaniami jego siły wzrosną albo przeciwnie - może mu ich zabraknąć. Krótko mówiąc, nie można już polegać na bajkowych bohaterach. Nie można też pokładać nadziei w błędach historii, które wynoszą poetów, a strącają w otchłań imperia i pakty wojskowe. Trzeba uważnie przysłuchiwać się ostrzegawczym głosom poetów i traktować je bardzo poważnie, może nawet bardziej niż głosy bankierów czy maklerów, ale nie można się łudzić, że świat dotknięty dłonią poety natychmiast zmieni się w poezję.


Tak czy owak, jednego jestem pewien. Bez względu na to, jak zagrałem powierzoną mi rolę i czy w ogóle życzyłem jej sobie lub na nią zasłużyłem, bez względu też na to, jak bardzo jestem niezadowolony ze swych osiągnięć - traktuję swoją prezydenturę jako wielki dar losu. Miałem przecież okazję uczestniczyć w prawdziwie historycznych zmianach! I ta okazja była warta - jako doświadczenie życiowe i szansa twórcza - więcej niż wszystkie pułapki, które w sobie kryła.


A teraz, jeśli pozwolicie, przestanę w końcu mówić o sobie, spróbuję zaś sformułować trzy zasady, którymi kierowałem się od dawna, a świat wielkiej polityki jedynie utwierdził mnie co do ich słuszności.


Po pierwsze, jeśli ludzkość ma przetrwać i uniknąć nowych katastrof, to światowy porządek polityczny musi iść w parze z wzajemnym poszanowaniem różnych kręgów cywilizacyjnych, kultur, narodów i kontynentów. Potrzebne są szczere wysiłki dla znalezienia tych wartości czy podstawowych imperatywów moralnych, które ludzi łączą, i uczynienia z nich podstawy współżycia w globalnie powiązanym świecie.


Po drugie, złu należy stawiać czoło od razu, w zarodku. Jeżeli nie można inaczej - to także siłą. Niech niezwykle inteligentne i niezwykle drogie nowoczesne bronie - jeśli muszą zostać użyte - uchronią ludność cywilną. Jeżeli tego nie potrafią, to zainwestowane w nie miliardy zostały wyrzucone w błoto.


Po trzecie, gdy analizujemy najróżniejsze problemy dzisiejszego świata - czy to ekonomiczne, społeczne, ekologiczne, czy ogólnie cywilizacyjne - chcąc nie chcąc, dochodzimy zawsze do pytania: czy to lub owo jest słuszne, czy z globalnego, długookresowego punktu widzenia jest właściwe. Porządek moralny i jego źródła, prawa człowieka i ich źródła, ludzka odpowiedzialność i jej pochodzenie, ludzkie sumienie i badawczy wzrok tego, przed którym nic się nie ukryje za kurtyną wzniosłych słów - to w moim najgłębszym przekonaniu i wedle moich doświadczeń najważniejsze tematy polityczne dnia dzisiejszego.


Szanowni Przyjaciele! Gdy widzę przed sobą i wokół siebie tyle sławnych osób - niczym gwiazdy na niebie - nie mogę pozbyć się wrażenia, że u końca mojego długiego spadania na twardą ziemię znów znalazłem się w bajce. Różnica jest tylko jedna - dziś takie honory potrafię cenić bardziej niż przed trzynastu laty.


tłum. Tomasz Grabiński