E-mail

English






Jedwabne - historia jako fetysz

Joanna Tokarska-Bakir

Gazeta Wyborcza, 16 February 2003

W imię "neutralności badawczej" historyk nigdy nie przyzna, że wydarzenia, o których pisze, robią na nim wrażenie - poruszają go czy przerażają. Jakie skutki ma owa postawa, gdy przychodzi mu zmierzyć się z epizodem tak traumatycznym jak Jedwabne? - zastanawia się Joanna Tokarska-Bakir

Od dwóch-trzech dekad przez Europę przetaczają się debaty o przeszłości wojennej. Ich masowość, regularność, stały podział ról i, co najważniejsze, ich rozpaczliwa niekonkluzywność wyraźnie wskazują na obecny w nich element mitu, który domaga się rozpoznania.

 

Zwykle najpierw pojawia się film (taki jak "Shoah" Claude'a Lanzmanna, pokazany w tych dniach w całości w TVP, czy "Sąsiedzi" Agnieszki Arnold), książka ("Gorliwi kaci Hitlera" Daniela Goldhagena czy "Sąsiedzi" Jana Tomasza Grossa) albo wystawa ("Zbrodnie Wehrmachtu" Hamburger Institut für Sozialforschung). Film, książka lub wystawa stanowią prowokację - pewne fakty naświetla w sposób szokująco śmiały. Niekiedy wywód zbudowany jest w oparciu o błędne przesłanki (np. u Goldhagena znajdujemy koncepcję "wrodzonego" antysemityzmu niemieckiego) albo też na zbyt szczupłych czy fałszywie zinterpretowanych źródłach (na wystawie "Zbrodnie Wehrmachtu" eksponowano sporo zdjęć przedstawiających masakry, których w istocie dokonała Armia Czerwona, przemilczano też - skandalicznie z polskiego punktu widzenia - zbrodnie armii niemieckiej z lat 1939-40).

 

Błędy faktograficzne denerwują historyków, których część za wszelką cenę usiłuje temat skompromitować - jak pamiętamy, w debacie o Jedwabnem na zmianę pojawiały się argumenty "zero warsztatu" lub "przedsiębiorstwo Holokaust" ["Przedsiębiorstwo Holokaust" - tytuł prowokacyjnej książki Normana Finkelsteina z 2000 r. oskarżającej lobby żydowskie w USA o "zbijanie kapitału na Zagładzie" - przyp. red.]. Zarzuty historyków nie znajdują jednak posłuchu, gdyż publiczność bardzo chce rozmawiać. Zgiełk rośnie, zabierają głos artyści i intelektualiści (w Niemczech najbardziej charakterystyczna była w tym kontekście wypowiedź Jürgena Habermasa o "przenikliwości i moralnej sile" książki Goldhagena jako "źródła istotnych impulsów dla świadomości publicznej"). Ich wypowiedzi ostatecznie wyprowadzają z równowagi historyków, którzy w tym momencie obrażają się i wycofują.

 

W związku z tym, że debaty, o których mowa, z reguły zawierają element krytyki w stosunku do tradycyjnej historiografii, nerwowość historyków jest zrozumiała. Gorzej, że ich głosy ujawniają zupełne niezrozumienie tego, czym jest dyskurs publiczny i jaką rolę odgrywają w nim z jednej strony oni sami, z drugiej zaś my - ich czytelnicy.

 

Jeśli 60 lat po wojnie w jakimś kraju zostaje nagle wykupiony cały nakład książki wydanej w elitarnym wydawnictwie, a traktującej o spaleniu ludzi w stodole (Gross); jeśli w innym kraju ludność wykupuje książkę, która raczy czytelnika scenami karnawałowego okrucieństwa i przypisuje mu coś w rodzaju "genu antysemickiego" (Goldhagen) - słowem, jeśli z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem wybucha gdzieś posttraumatyczne szaleństwo, badacz społeczny powinien dwa razy pomyśleć, zanim podobne zjawisko zlekceważy.

Postpamięć

Co zatem kryje się w nieprzemijaniu tragedii sprzed lat sześćdziesięciu, w zjawisku, które niczym powtarzający się sen nawiedza coraz to nową widownię, choć aktorzy dawno już opuścili teatr? Co sprawia, że - jak mówi Klaus Harpprecht, publicysta "Die Zeit" - "czas mija, wojna i Zagłada oddalają się, ale martwi są coraz bliżej nas"? Jak to możliwe, by ponad pół wieku nie zabliźniło ran?

 

Na te pytania nikt nie odpowie w pojedynkę. Tu trzeba brać, nie pytając, kto daje. Socjolog ma podpatrywać psychologa, antropolog - filozofa, literaturoznawca - historyka. I odwrotnie.

 

W kategorii "postpamięci", od której chciałabym zacząć swoją odpowiedź, odbija się po trochu każda z tych nauk, a także świat, w którym nic już nie jest takie, jakie było. Dzisiejsza pamięć to już nie pamięć. "Postpamięć - pisze Marianne Hirsch w książce "Family Frames. Photography, Narrative and Postmemory" (1997) - jest cechą doświadczenia tych, którzy wzrastali w cieniu opowieści o zdarzeniach, które rozegrały się przed ich narodzeniem. Ich własne wspomnienia musiały ustąpić miejsca historiom poprzednich pokoleń ukształtowanych w traumatycznych okolicznościach, które nigdy nie zostały do końca zrozumiane ani odtworzone".

 

Postpamięć zrozumiała jest w rodzinach obciążonych traumatyczną przeszłością. Dlaczego jednak wyrywa się ona dziś poza grono bezpośrednio napiętnowanych? Dlaczego, wbrew staremu instynktowi izolowania "zarażonych nieszczęściem", wylewa się poza hospicja czy zakłady psychiatryczne i udziela nie tylko pojedynczym ludziom, lecz całym społeczeństwom?

 

Zjawisko ma najwyraźniej charakter przemieszczenia - odbywa się w zastępczej, symbolicznej przestrzeni i czasie. W innym miejscu i ze znacznym opóźnieniem w stosunku do wydarzeń, na które się powołuje.

 

Tym, co naprawdę je uruchamia, jest stopniowe odchodzenie pierwotnych ofiar traumy. Masowość postpamięci, jej wielogłosowość, fenomeny w rodzaju Wilkomirskiego (człowieka, który perfekcyjnie, choć nie wiadomo po co, przyswoił sobie cudzy uraz), a także takie zjawiska jak trwała obecność Zagłady w świadomości społeczeństwa amerykańskiego (w Waszyngtonie jest Muzeum Holocaustu, choć nie ma muzeum niewolnictwa czarnych czy wyniszczenia Indian) - wszystko to wskazuje, że w grę wchodzi osobliwy, mitotwórczy żywioł [Bruno Doessekker alias Benjamin Wilkomirski - Szwajcar, w 1995 r. opublikował książkę "Bruchstücke", w której opisał swe dzieciństwo żydowskiego dziecka, więźnia Majdanka i Oświęcimia; trzy lata później okazało się, że wspomnienia te zostały w całości zmyślone przez autora - red.]. Postpamięć jest więc pamięcią zastępczą i przywłaszczoną, pamięcią nie na swoim miejscu. To dlatego nie może umrzeć własną śmiercią. Postpamięć raczej eksploduje, niż przejdzie w zapomnienie, a pozbierawszy się po wybuchu, od nowa rozpocznie swoją syzyfową par excellence mityczną pracę.

 

Zjawisko to wpisuje się doskonale w horyzont "kultury posttraumatycznej" rozwijającej się gwałtownie od końca lat 80. w reakcji na wcześniejszą heroiczną "kulturę milczenia". Kultura posttraumatyczna skupia się wokół centralnego urazu, zadawnionego i wypartego, który niespodziewanie powraca i poddaje rewizji całą bieżącą rzeczywistość. Kultura owa nie chce wyleczenia - raczej spełnia się w obsesyjnym wpatrywaniu w niegojącą się ranę. Uraz staje się jej fetyszem, maską "czegoś innego", tajemnicą, której kultura ta - sama nieświadoma - nie potrafi inaczej zakomunikować.

Dom, w którym strasz

Jedną z metafor, po które sięgają badacze tej dziwnej traumy, jest metafora "szkieletów w szafie" lub "domu, w którym straszy". "Duchy przeszłości - pisze Dominick LaCapra, autor "Writing History, Writing Trauma", ważnej książki o kulturze posttraumatycznej - to "nawiedzające nas wątki, które z powodu zakłóceń w porządku symbolicznym, braku rytuałów lub przypadków śmierci tak skrajnie transgresywnych i niepojętych, że trudnych lub wręcz niemożliwych do przebolenia w żałobie, bezpańsko błąkają się po naszym posttraumatycznym świecie. Na dobrą sprawę nikt, żadna jednostka czy grupa, nie może rościć sobie do nich wyłączności. Jeśli nawiedzają one czyjś dom (naród, grupę), niepokoją wszystkich jego mieszkańców, nawet tych, którzy bywają w nim tylko przelotnie".

 

LaCapra nie należy do ludzi, którzy na kulturę posttraumatyczną patrzyliby bez podejrzliwości. Przeciwnie. Krytycyzm wobec jej nadużyć (casus Wilkomirskiego-imitatora, Goldhagena-"rasisty" czy Lanzmanna-mściciela z rozmysłem ośmieszającego swych nazistowskich rozmówców) i zafałszowań (elementy "zbawczego kiczu" w "Liście Schindlera" Spielberga, "Korczaku" Wajdy i w "Życie jest piękne" Benigniego), świadomość przekłamań wynikających z nadmiaru bólu i dobrych intencji albo - przeciwnie - z odrętwienia i nadmiaru ostrożności, jej uwikłanie we wszystkie odcienie przesady - oto punkt wyjścia jego rozważań. To dlatego LaCapra właśnie historyków uważa za ludzi najbardziej predestynowanych do tego, by - dając swoje świadectwa - zapobiegali ekscesom powracającej, wynaturzonej postpamięci.

 

Jednak owa predestynacja nie jest bezwarunkowa. "Celem rozumienia historycznego jest nie tylko wartościowe pod względem profesjonalnym rejestrowanie przeszłości, ale też wspomaganie krytycznej, dokładnej i w pełni dostępnej pamięci o znaczących wydarzeniach, które stają się częścią przestrzeni publicznej. Wiąże się z tym trudne, nieraz niewykonalne zobowiązanie do pracy na rzecz przywrócenia - przynajmniej symbolicznie, pośmiertnie - godności odebranej ofiarom przez sprawców zła. Dyskurs historyczny angażuje się tu poniekąd w sam proces opłakiwania i przygotowywania pochówku".

 

Wspomagana przez historyków "dokładna, krytyczna ťpraca pamięci Ť wiązałaby się więc z rodzajem aktywnego zapominania, zezwalania przeszłości na odejście" po to, by społeczna energia związana z odpychaniem koszmaru mogła się w końcu uwolnić.

 

Jeśli zgodzić się ze stanowiskiem LaCapry, to na pytanie, dlaczego dzisiejsza masowa publiczność nagminnie odrzuca "porządną" historiografię, należałoby odpowiedzieć, co następuje - dzieje się tak, gdyż historiografia nie zadbała o "krytyczną, dokładną i w pełni dostępną pamięć", a już na pewno nie wywiązała się z roli żałobnika. W książkach Grossa i Goldhagena ludzie szukają tego, czego nie znajdują u innych - tlenu moralnego, jaki wyzwala się z chwilą podjęcia pytań, na które nie ma odpowiedzi.

Strategie wyparcia

Co się dzieje, gdy badacz (a także każdy inny człowiek), zamiast skonfrontować się z wpływem, jaki wywiera na niego przeszłość, usiłuje ten wpływ zignorować? Potoczny pogląd wyrażający się w maksymie: "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal", bardzo się różni od stanowiska psychologów, którzy za Zygmuntem Freudem powtarzają, że wyparcie treści psychicznych nie tylko nie oznacza ich eliminacji, lecz przeciwnie - prowadzi do jeszcze głębszej, bardziej powikłanej zależności od owych treści. Właśnie o tym mówi "Niezdolność do żałoby" Aleksandra i Margarete Mitscherlichów, rozprawa z niewypłakaną niemiecką miłością do ludzi silnych. A także spostrzeżenie Daniela Cohn-Bendita i Gerda Koenena ("Das rote Jahrzehnt"), że lewicowy terroryzm lat 60. w Niemczech stanowił odreagowanie utajonej pamięci o hitlerowskiej przeszłości.

Historyczna trauma, której z jakichś powodów zaprzeczono, wytwarza dwa patologiczne zjawiska. Z wierzchu, w warstwie młodszej, pojawia się wspomniana już postpamięć, zaś u jej źródeł rozciągają się zastrzeżone terytoria tabu historycznych. Tabu historyczne powstają wokół śladów historii uznanych za niszczące dla równowagi psychicznej lub tożsamości, a w związku z tym tłumionych tak długo, aż zniknęły w podświadomości. Siłę odrzucenia książki Grossa (a jeszcze wcześniej artykułu Michała Cichego "Polacy - Żydzi: czarne karty Powstania" ["Gazeta" z 29 stycznia 1994 r.]) można wyjaśnić m.in. naruszeniem owych tabu.

W debacie o Jedwabnem wystąpiły wszystkie cztery rodzaje strategii obronnych właściwe tabu historycznemu:

* zaprzeczanie prowadzące do rozmyślnego wyparcia ideologicznego (zacieranie prawdy czy wręcz zwyczajne kłamstwo);

* wyparcie nieświadome (zapominanie z gatunku tych, jakie po wojnie towarzyszyło Niemcom pragnącym uciec od przeszłości);

* wyparcie typu kognitywnego (szukanie pseudoracjonalnych usprawiedliwień);

* wyparcie typu mitycznego.

Najbardziej wyraziste było chyba ostatnie z wymienionych. Zasłynęło twierdzeniem Tomasza Strzembosza, że mordu w Jedwabnem dokonało "23 wyrzutków i kolaborantów" - z domyślną implikacją, że ktokolwiek popełnia podobną zbrodnię, z definicji staje się wyrzutkiem, przez co naród, z którego się wywodzi, pozostaje niesplamiony. "Teoria mętów" miałaby też oczywiste zastosowanie do polskiego szmalcownictwa, zjawiska pierwszorzędnie zasługującego na tabuizację. W podobnej funkcji występowało też - niepoparte dotąd dowodami - kompulsywne poszukiwanie obecności Niemców w miasteczku 10 lipca 1941 r.

 

Ciąg dalszy wywodu Strzembosza - sugestia, że nastroje antysemickie w Jedwabnem były rezultatem współpracy miejscowych Żydów z NKWD podczas sowieckiej okupacji - sytuowałby się pomiędzy mitycznym a kognitywnym typem stłumienia. Podobnie próby skompromitowania Jana Grossa jako "socjologa" czy zdezawuowania autora pierwszej relacji o zbrodni Szmula Wasersztajna jako "agenta UB" miały na celu zmniejszenie dysonansu poznawczego pomiędzy tym, co się wie o własnej przeszłości (mord polskimi rękoma), a tym, co się aktualnie o sobie myśli (Polacy nie mordują, co najwyżej zabijają w obronie własnej, natomiast bywają mordowani). Mord w Jedwabnem chciałoby się pamiętać jako krwawą zemstę na kolaborantach, częściowo usprawiedliwioną; to dlatego nie należy wierzyć "socjologom" i "agentom".

 

W kategorii wyparcia nieświadomego w kontekście debaty o Jedwabnem usadowił się i trwał przez ostatnich sześć dekad bohater zbiorowy - wszyscy ci historycy, którzy zajmując się rejonem Łomży, aż do czasu filmu Agnieszki Arnold i książki Grossa nie zainteresowali się tematem mordów w Jedwabnem, Radziłowie czy Wąsoszy.

 

Do tej samej kategorii stłumienia można też chyba zaliczyć argument Tomasza Szaroty padający w rozmowie z dziennikarzami "Tygodnika Powszechnego": "Nie jestem (...) pewien, czy poparcie dla Ligi Polskich Rodzin w ostatnich wyborach nie było w jakiejś mierze przekorną reakcją na debatę o Jedwabnem". Choć formułowany ex post, argument ten miałby podobną siłę normatywną jak przysłowie "Tisze jediesz, dalsze budiesz" uparcie powracające w polskim i obcym dyskursie o Żydach. Jego implikację stanowi ostrzeżenie przed furiami waśni narodowościowych. Rozpatrywany w kategoriach psychoanalitycznych - Freud pisał, że naruszenie tabu "musi zostać surowo ukarane albo też odpokutowane przez wszystkich członków społeczności, o ile wszyscy oni nie mają wskutek niego ucierpieć" - argument ów prowadzić może do wniosku, że w związku z niezbyt przykładnym, niejednomyślnym ukaraniem Jana Grossa skutki jego bluźnierstwa na naszych oczach spadają na cały Naród (w roli furii występowałaby Liga Polskich Rodzin).

 

Ostatni typ wyparcia, poniekąd najmniej interesujący, reprezentują teksty historyków publikujących w "Naszym Dzienniku" i prasie narodowej. Określają oni sprawę Jedwabnego mianem "fałszowania historii" i "gry wstępnej" do "nacisków na wypłatę przez Polskę jak największych odszkodowań za żydowskie mienie". Do głosów tych dołączyła część hierarchów Kościoła katolickiego, którzy - jak biskup łomżyński Stanisław Stefanek - stwierdzali, że powodem oskarżeń są roszczenia majątkowe Żydów. Głosy te nie zasługiwałyby na uwagę, gdyby nie to, że nawiązują do starego mitu o "perfidii żydowskiej" i "żydowskim spisku", którego historyczną konkretyzacją bywały oskarżenia o zatruwanie studzien, profanację hostii i mordy rytualne. Erupcje tego polimorficznego mitu pojawiają się przy okazji wydarzeń naruszających poczucie bezpieczeństwa jego nosicieli i są groźnym zapalnikiem przemocy (pogrom kielecki w 1946 r.).


Cztery wymienione typy wyparcia pozwalają opisać patologię myślenia zaprezentowanego przez polskich historyków w debacie jedwabińskiej. Rzecz jednak nie sprowadza się do patologii. Dużo powszechniejsza, groźniejsza, a zarazem trudniejsza do zauważenia była bowiem postawa "zawodowego odrętwienia", którą zaprezentował mainstream wypowiadających się publicznie badaczy. Jego przyczyny, bardzo złożone, tkwią w formacji naukowej tej grupy i wyrażają się w usilnym przestrzeganiu specyficznie pojętych zasad profesjonalizmu. Im też poświęcona będzie dalsza część niniejszego tekstu.

Chory człowiek Europy


Według klasycznej definicji trauma powoduje rozszczepienie "afektu" (doznań) i "reprezentacji" (władz poznawczych). Pisze LaCapra: "Straciwszy orientację, człowiek czuje coś, czego nie może sobie przedstawić, a zarazem, odrętwiały, usiłuje przedstawić sobie coś, czego nie może poczuć". Obserwując historię debat nad książką Goldhagena czy Grossa, trudno oprzeć się wrażeniu, że publiczność i historycy to dwa rozłączone aspekty człowieka chorego na postpamięć. Aspekty, które tak precyzyjnie podzieliły pomiędzy siebie "doznanie" i "poznanie", że - mówiąc z pewną przesadą - całość pierwszego znalazła się po stronie publiczności, a całość drugiego po stronie historyków.

Jaki uraz kryje się w postpamięci tego "chorego człowieka"? Nie wystarczy powiedzieć, że jest to zagęszczona trauma wojny. Uraz ten to właściwie splot urazów, a postpamięć to kilka wzajemnie sobie wrogich, choć ściśle ze sobą splecionych pamięci.


Mamy tu z jednej strony pamięć żydowską - narastającego przed wojną antysemityzmu, tragedii polskich Żydów, asymilowanych i nie, opuszczonych w getcie zarówno przez naród, który wybrali, jak i przez "naród wybrany" równie nieskory wówczas do pomocy. Dalej jest Szoah, a potem nawracające, przerywane kilkoma okresami złudzeń, wypędzenia.


Z drugiej strony mamy nie mniej skomplikowaną pamięć polską - pamięć "zdradzonych o świcie". Po tej stronie lista zdrad jest dłuższa, a winowajcy mniej skłonni do pokuty. Na liście prócz Niemców i Rosjan są też najbliżsi sojusznicy Polski z września '39 i z Jałty. Sojusznicy nie tylko biernie akceptujący stalinowski zabór kraju, ale - jak dowodzi historia kłamstwa katyńskiego - czynnie go wspierający. Można dyskutować, czy Żydzi - właśnie w tym momencie pojawiający się na liście zdrad (najpierw jesienią 1939 r. "chlebem i solą witający bolszewików", a następnie jako "żydokomuna" i "oprawcy z UB") - rzeczywiście zawinili tu najbardziej. Gwałtowność, z jaką bywają oskarżani, sugeruje, że w oskarżeniach pod ich adresem mogą znajdować ujście także i tamte żale - niewspółmiernie większe i dużo trudniejsze do wyartykułowania.


Uderzająca jest symetria wymienionych tu "dwóch pamięci" i "dwóch prawd" z ich szyderczymi zaprzeczeniami. O ile pierwszą z nich upokarza i mobilizuje kłamstwo oświęcimskie, drugą rani i podrywa kłamstwo katyńskie. Rywalizacja obu tych prawd znalazła wyraz w usytuowaniu przy jednej i tej samej warszawskiej ulicy dwu nowych pomników symbolizujących segregację polskiej i żydowskiej pamięci - na początku Stawek znajduje się pomnik Umschlagplatz, przy końcu - pomnik wywiezionych na wschód. Tak jak na oświęcimskim żwirowisku pamięć polska walczyła z żydowską, tak samo na terenie dawnego warszawskiego getta walczą ze sobą dwie wywózki, dwie traumy.


W sporze o "Sąsiadów" te osobne pamięci zderzyły się ze sobą i wzajemnie wyparły, po czym każda z nich hałaśliwie zaczęła domagać się wyłączności. "Człowiek", we wnętrzu którego nastąpiło zderzenie, zachorował, a jego choroba wyraziła się we wspomnianym już gruntownym rozszczepieniu - całość "doznania" znalazła się po stronie publiczności, a całość "poznania" po stronie historyków.


O ile więc publiczność w trakcie debaty o Jedwabnem w większości utożsamiała się już to z ofiarami, już to ze sprawcami mordu, o tyle stanowisko profesjonalnych historyków przypominało wspomniane wcześniej pourazowe odrętwienie.


Gdyby to porównanie sporu o Jedwabne z psychiką człowieka po przejściach pociągnąć jeszcze dalej i zapytać o możliwość terapii pacjenta, rokowanie zależałoby pewnie od dostarczenia mu lekarstwa mogącego z jednej strony wytrącić go z odrętwienia, a z drugiej nauczyć krytycyzmu. Gdybyśmy nagle wyobrazili sobie jakiś inny, lepszy świat, owym lekarstwem mogłaby być empatia. Piszę to, mając świadomość, że w kontekście dyskursu jedwabińskiego każda wzmianka o empatii zakrawa na ponury żart.


Uściślijmy najpierw, czym taka empatia nie jest. Nie jest pełną identyfikacją, ową bezwarunkową "sympatią", w której - jakkolwiek szlachetne byłyby jej intencje - drugi zazwyczaj przepada, a na jego miejscu pojawia się sam medyk-sympatyk, nieświadomie przywłaszczający sobie cudzy głos i atrybuty. W odróżnieniu od takiej "sympatii" empatia byłaby współodczuwaniem, w którym nikt nie występowałby w roli lekarza, zaś lekarstwem sklejającym traumatyczne rozszczepienie byłaby uważność i szacunek, a także świadomość, że czyjeś przejmujące doświadczenie nigdy nie stanie się naszym. Nie będąc mechanicznym kompromisem, empatia miałaby szansę dochodzić racji obu stron sporu, nigdy ich przy tym nie niwelując.


Taki właśnie mógłby być happy end postpamięci. Dzięki pośrednictwu empatii doznania publiczności i poznanie historyków mogłyby się znów skomunikować. Publiczność wzbogaciłaby się o "krytyczną, dokładną i w pełni dostępną pamięć", a historycy odzyskaliby utracone czucie.


Brzmi to - niestety - jak znany fragment Pisma: "Miłosierdzie i prawda spotkały się ze sobą, a sprawiedliwość i szczęśliwość pocałowały się wzajem" (Ps 85, 11) i jest zapewne tak samo trudne do urzeczywistnienia.


Mowa historyków, milczenie ofiar


Zdaniem LaCapry "historyk winien być zarazem krytycznym intelektualistą", a analiza prawdziwości źródeł historycznych "jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym historiografii" - bowiem szukaniu prawdy powinno towarzyszyć "empatyczne, dostosowujące się do zjawiska rozumienie i dialogowy użytek z języka". W Polsce pogląd ów budzi raczej uśmiech niż zainteresowanie. Badacz wkłada spory wysiłek metodyczny w to, by "nie wiedzieć, co wie" i "nie czuć, co czuje". Jeśli jego wrażliwość bywa "stłumiona", to z pewnością dzieje się tak dlatego, że historyk z całych sił stara się sprostać wymogom swego warsztatu.


Przykładem może być tekst Andrzeja Paczkowskiego "Debata wokół ťSąsiadów Ť. Próba wstępnej typologii" ("Rzeczpospolita" z 24 marca 2001 r.). Typologia ta - wyliczająca cztery główne stanowiska w dyskusji nad książką Grossa - przeprowadzona została bez zarzutu, w całkowitej zgodzie z wymogami warsztatu naukowego. Poglądy autora, jednego z najważniejszych historyków współczesności, są w niej zupełnie niewidoczne.


Lecz dziwnym trafem niewidzialność udziela się też samej sprawie, której dotyczy omawiana debata. Ponieważ mówi się tak, aby nie było widać miejsca, z którego dobiega głos, w gruncie rzeczy nie wiadomo, czego debata dotyczy - są tu jacyś Polacy, jacyś Żydzi, Niemcy, są także ich motywy, nic jednak nie zostaje nazwane po imieniu. Autor tylko raz decyduje się powiedzieć coś od siebie - jest to sprostowanie dotyczące... pochodzenia autora "Sąsiadów". Ów wyłom w regule rządzącej tekstem wygląda na przejęzyczenie, ale - jak to z przejęzyczeniami bywa - dotyczy absolutnego meritum.


W polskim dyskursie publicznym informacja o tym, że ktoś jest lub nie jest Żydem, ciągle odgrywa olbrzymią rolę - dość przypomnieć ostatnie wyniki badań CBOS ("Gazeta" z 6 sierpnia 2002). Prof. Paczkowski, "broniący" Grossa tak, jak w swoim czasie jeden z hierarchów kościelnych "bronił" Tadeusza Mazowieckiego [tłumacząc, że jego przodkowie nie byli Żydami - red.], zachowuje się zgodnie z regułami tego dyskursu. Nie zamierzam mu imputować brzydkich intencji. Chcę tylko pokazać, że mimo najlepszych chęci nawet najbardziej powściągliwy historyk podlega uwarunkowaniom społecznym. Podlega im tym bardziej, im bardziej temu zaprzecza.


Owo zaprzeczanie uzyskuje ciekawe oświetlenie w cytowanej książce LaCapry. Celem zabiegów autocenzorskich dających się zauważyć w pracach historyków o nastawieniu formalistycznym i pozytywistycznym jest jego zdaniem "negowanie implikacji, jakie - na zasadzie przeniesienia - badany problem mógłby mieć dla aktualnej sytuacji badacza". W klasycznym ujęciu freudowskim przeniesienie polega zazwyczaj na powtarzaniu lub odgrywaniu we własnym dyskursie urazów z przeszłości (również tej, która jest przedmiotem badań). Ludzka psychika traktuje wszystkie minione sytuacje jako równie obecne - i to tym bardziej, im gwałtowniej są wypierane. To dlatego w opowieściach nawet najbardziej zdystansowanych historyków Holocaustu co chwila rozlegają się echa analizowanych okropności, pojawiają się zabłąkane słowa, aluzje, oceny. Historyk uczestniczy w tych seansach, występując na przemian w dwóch rolach - już to świadka nękanego wyrzutami sumienia (i usiłującego się ich pozbyć; temu służą cztery strategie walki z tabu historycznym), już to sprawcy zła, demona lub igraszki w ręku "konieczności historycznej". Jeśli nawet, co rzadkie, identyfikuje się z ofiarami, to jednak - by uniknąć oskarżeń o stronniczość (ciekawe, że tylko eksponowanie głosu ofiar uchodzi za stronnicze) - nie może tego ani zaakceptować, ani ujawnić. Toteż punkty widzenia niereprezentowane w jego opowieści przesączają się na coraz to nowe ekrany postpamięci, zaś młyny mitu pracują pełną parą.


Pomijanie głosu ofiar jest zdaniem LaCapry patologią - zrozumiałych skądinąd - mechanizmów obronnych podświadomie stosowanych przez historyków. Mechanizmy te odgrywają ważną rolę, chroniąc osobiste terytorium badacza przed inwazją treści przekraczających jego wytrzymałość. Gdy jednak proces zbliżania się do granicy owej wytrzymałości nie zostanie w porę uświadomiony, nabiera charakteru patologii, przemieniając się w "uciszanie" ofiar.


Pomijanie głosu ofiar jest nie tylko rutynową cechą historiografii, ale par force wymiaru sprawiedliwości. Wyraźnie to widać w powojennym procesie morderców z Jedwabnego, o którym tak mówi Andrzej Rzepliński ("Gazeta" z 20--21 lipca 2002 r.): "Pokrzywdzeni w ogóle [w nim] nie występują (...) nie ma nazwisk i imion tych ludzi. Nawet kiedy sąd ma na sali pokrzywdzonego, to go nie traktuje jak pokrzywdzonego". "Unikanie stronniczości" i "dążenie do pełnego obiektywizmu" ma zatem swoją cenę. W trakcie tego samego procesu pomijanie głosu ofiar ulega znacznemu, nie tylko językowemu uproszczeniu, stając się po prostu pomijaniem ofiar. Prof. Rzepliński: "Nie odbyła się ekshumacja. W tym procesie nie było ofiar. Zbrodnia miała polegać tylko na tym, że mieszkańcy Jedwabnego i okolic wypędzili Żydów na rynek i tam ich trochę popilnowali. W wyroku nie ma spalenia Żydów".


Pomijanie głosu ofiar, szczególnie gdy należą one do mniejszości narodowej, nie jest tylko cechą historiografii polskiej. Konserwatywnym szkołom historycznym ukształtowanym jeszcze w wieku XIX w Niemczech i innych krajach europejskich, zaangażowanym w budowanie i umacnianie tożsamości narodowej, nie zdarzało się dopuszczać ich do głosu. Na krytykę nauki, w tym szczególnie identyfikacji historyka z silniejszym, przez długi czas zdobywali się tylko artyści. Tacy jak Mickiewicz ("nauka prędko gnije"), jak Miłosz ("nauka nie potrafi orzekać o wartościach"), Herbert ("Przemiany Liwiusza"), Walter Benjamin, który w głośnym eseju "O pojęciu historii" pisał: "W kogo właściwie wczuwa się dziejopis historyzmu? (...) W zwycięzcę. (...) Nie ma takiego dokumentu kultury, który nie byłby zarazem dokumentem barbarzyństwa. I jak sam nie jest wolny od barbarzyństwa, tak nie jest też wolny od niego proces przekazu, w toku którego przechodzi on z jednych rąk w drugie".


Mówi się o tym na rynku


LaCapra zauważa, że w tym samym stopniu, w jakim historyk zaprzecza faktowi przeniesienia i odrzuca "afektywny, empatyczny komponent w rozumieniu", będzie się też opierał sugestii, że w stosunku do przeszłości sam odgrywa rolę świadka. Z niechęcią będzie się angażował w tę rolę, prowokując, gromadząc i współtworząc świadectwa ustne.


Tak zatem powodu, dla którego polscy historycy tak długo lekceważyli świadectwa ustne, można upatrywać właśnie w specyficznym wyobrażeniu o warsztacie. "Gross nie może zrozumieć - mówił Tomasz Szarota - dlaczego nikt wcześniej nie zajął się Jedwabnem. Przecież, mówi, wystarczyło tam pojechać, pójść do knajpy i porozmawiać z ludźmi. Na to odpowiadam: nie pisze się historii, jeżdżąc po barach. To jest właśnie kwestia warsztatu" ("Tygodnik Powszechny" 2002, nr 17).


Bez trudu można zrekonstruować powody niechęci badacza do knajpianej oral history. Każdy, kto "jeździł po barach", wie, że uczestniczenie w powstawaniu świadectwa ustnego angażuje nas w stopniu daleko większym, niż to dopuszcza rozpowszechniony model badawczy. Ponieważ każda rozmowa - nawet ta jej szczególna odmiana, jaką jest przesłuchanie czy egzamin (nie mówiąc o rozmowie przy wódce) - odsłania OBU rozmówców, historycy niechętnie się w nią angażują.


Rzecz jasna, historycy w żadnym wypadku nie powinni poprzestawać na takich rozmowach - ale wyniosłego odrzucania okazji do zapoznania się z tym, co ludzie w knajpie gadają, a zatem ze swobodnie wyrażaną samoświadomością grupy, nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Krzysztof Czyżewski mówił mi, że w dzisiejszej Serbii istnieje powiedzenie: "Czarszija zna", co w tłumaczeniu na polski brzmiałoby chyba: "Mówi się o tym na rynku". By docenić czarsziję, nie trzeba być etnografem - wystarczy czytać kryminały.


Ktoś, kto rozmawia z ofiarą zbrodni, jej sprawcą, a nawet świadkiem, ma dużo mniejszą szansę, by wyszedł z tej rozmowy niezmieniony - w porównaniu z kimś, kto w zaciszu archiwum czyta pisane w trzeciej osobie protokoły przesłuchań. Ten, kto słucha, chcąc nie chcąc, dowiaduje się, jak wielkie znaczenie ma sposób zadawania pytań, a stąd już niedaleka droga do uchwycenia i docenienia "afektywnego, empatycznego komponentu w rozumieniu". Tak jak umiejętnie dobranymi pytaniami można pewne rzeczy na rozmówcy wymusić, tak też, zniechęcając go i deprymując, bez trudu można go pozbawić ochoty do wyznań, szczególnie tych psychologicznie obciążających. Przypomnę słowa Leona Kieresa, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej: "Własne doświadczenia zawodowe pozwalają mi stwierdzić, że to, co gotowi są powiedzieć świadkowie, zależy w dużej mierze od osobowości odbierającego ich relacje" (w książce Jacka Żakowskiego "Rewanż pamięci"). Kto nie zadaje sobie pewnych pytań, nie usłyszy też udzielanych na nie odpowiedzi.


Gesty segregacji


Jak to wszystko ma się do samoświadomości zawodowej badaczy przeszłości? Hayden White twierdzi, że historycy profesjonaliści stanowią "ekstremalny przykład stłumionej wrażliwości". W Polsce pogląd ów wciąż uchodzi za herezję, którą nie warto zaprzątać sobie głowy. Gdyby jednak przywyknąć do barbarzyńskiego pomysłu, że są na świecie rzeczy, które nie podlegają naszej świadomej kontroli, i że zapanować nad nimi możemy tylko wtedy, gdy zechcemy się z nimi zapoznać, w prowokacyjnym stwierdzeniu White'a można by się doszukać intencji, której po namyśle przytaknąłby niejeden zainteresowany.


Wspominałam o hipotezie LaCapry, iż antyrefleksyjność, metodologiczna powściągliwość i zdystansowanie tradycyjnej historiografii biorą się z lęku przed traumą. Jak lekarz zakłada fartuch do operacji, tak samo historyk przywdziewa coś w rodzaju pancerza, który ma chronić jego osobisty teren przed wtargnięciem groźnych treści. Z tego samego powodu dąży do maksymalnego obiektywizmu, co wyraża się w:


* uprzedmiotowieniu tego, co badane, w pragnieniu odsunięcia tego na maksymalny dystans (tabuizacja języka, nieświadome przejmowanie języka sprawców);


* eliminacji głosu ofiar (w sporze o Jedwabne ich język został nazwany "językiem nieszczęścia");


* preferowaniu "samoobjaśniających się" świadectw pozostawionych przez sprawców (temu służyło namiętne poszukiwanie w niemieckich archiwach filmu rzekomo kręconego przez hitlerowców w Jedwabnem, a także dokumentów dotyczących działającego w Łomżyńskiem "komanda Schapera", Birknera albo jakiegokolwiek w ogóle komanda);


* koncentracji na sprawcach.


Nasuwa się pytanie, jaką szansę na obiektywność ma badacz, który - dokonując tego rodzaju "obiektywistycznego" wyboru źródeł - decyduje się na izolację od co najmniej połowy rzeczywistości. A także pytanie, czy gdyby badacz tak wcześnie nie wyłączył "czucia", byłby naprawdę zadowolony z nieświadomego fascinatio wytwarzającego się - wskutek proporcji dopuszczonych głosów - pomiędzy nim i jego czytelnikiem z jednej, a sprawcami zła z drugiej strony.


O kosztach stłumienia wrażliwości, a zarazem o tym, że "powrót wypartego" dotyka nawet najbardziej sumiennych badaczy, niech zaświadczy jeden wyrazisty przykład zaczerpnięty z rozmowy Jacka Żakowskiego z Tomaszem Szarotą ("Rewanż pamięci").


Żakowski: "To oczywiście bardzo trudno sobie wyobrazić, ale sporo do myślenia o natężeniu terroru i strachu może dać fakt, że w pierwszych dniach - jeszcze zanim przyjechało gestapo - nie tylko Polacy bezczynnie przyglądali się zbrodniom popełnianym na Żydach. Inni Żydzi także".


Szarota: "Nie podejmuję się tego wyjaśnić. Można oczywiście odwołać się do negatywnych stereotypów. (...) Ale stereotypy nigdy nie wyjaśniają historii, lecz często ją fałszują. Tak czy inaczej trudno zrozumieć - i także Gross nie próbuje tego w swojej książce wyjaśnić - dlaczego 1500 zdrowych, będących w pełni sił osób, prowadzonych na śmierć przez mniej niż setkę uzbrojonych tylko w kije zbrodniarzy nie próbowało się bronić ani nawet uciekać. (...) W książce Grossa jest opisana sytuacja, która może trochę tę tajemnicę oświetla. To jest historia Michała Kuropatwy - żydowskiego woźnicy, który za czasów sowieckich ukrywał u siebie polskiego oficera. Przed bramą stodoły ktoś wyciągnął go z tłumu, by uratować mu życie. Wybrał śmierć razem z innymi. Gross porównuje decyzję Kuropatwy do postawy Janusza Korczaka, lecz nie przytacza zdania, które - według relacji świadków - Kuropatwa miał wówczas wypowiedzieć: ťGdzie rabin pójdzie, pójdę za nim Ť. Te słowa też warto by było pojąć, jeśli chce się zrozumieć fenomen Jedwabnego".


Prof. Szarota zdaje się więc sugerować, że "jeśli chce się zrozumieć fenomen Jedwabnego", należy, po pierwsze, uwzględnić to, iż sami Żydzi przyczynili się do tego, że tak wielu ich zginęło, po drugie zaś - że czynu Kuropatwy nie powinno się porównywać do decyzji Korczaka, bo ktoś, kto idzie za swoim rabinem, nie zasługuje na to porównanie. W swej interpretacji Szarota idzie zatem w ślady tych, którzy - czasem z podłości, częściej z litości dla siebie samych - od niepamiętnych czasów oskarżają i stygmatyzują ofiary.


Podobne oskarżenia raz po raz padały ze strony naszej chrześcijańskiej tradycji. Odpychając tamtych, rozróżniając śmierć heroiczną od nieheroicznej, rodacy gwałtownie odpychali samych siebie, własne tragedie historyczne. A także nieświadomie powtarzali gest segregacji, którym kiedyś kwitowano getto i Zagładę. Źle się dzieje, gdy podobnemu "przymusowi powtarzania" podlegają dzisiejsi historycy.


W klubie historyków


Wyobrażenia historyków o tym, czym powinna być rzetelność w uprawianiu ich dyscypliny, raz po raz krzyżują się z tym, co Hans-Georg Gadamer nazywał najbardziej podstępnym z przesądów - z iluzją neutralności poznawczej. Ona to sprawia, że badacze ulegają zarówno tabu historycznym, jak i osobistym przesądom oraz stereotypom - a w efekcie wystawia ich na pokusę cynizmu. Rzekoma neutralność polegająca na stłumieniu tego, co się naprawdę myśli i czuje, prowokuje atak z zaskoczenia - przesądy wracają, tyle że wzmocnione, a siły, które można by spożytkować na ich rozpoznanie, teraz zostają zaangażowane w maskowanie i racjonalizowanie poglądów, z których nie zamierzamy rezygnować.


Europejska tradycja filozoficzna dobrze zna to zagrożenie i określa je mianem vis a tergo - ciosu z najmniej oczekiwanej strony. Właśnie pod jego wpływem zalecana przez Tacyta postawa sine ira atque studio przekształca się we własne przeciwieństwo - w rezygnację z krytycyzmu i półświadomą racjonalizację nieprawości.


W Polsce historyk ma niesłychaną siłę. Jak pisał Józef Czapski, sąsiaduje z wieszczami, których znaczenie słusznie porównywano do ważności proroków w starożytnym Izraelu.


Wielka zaiste jest odpowiedzialność polskiego historyka. Jest to ktoś, komu powierzono skarb tożsamości, kto ma go przenieść przez zamęt i ocalić. Jednak by skarb nie przepadł, nie wystarczy go dobrze schować. Zakopane pieniądze butwieją, waluta się dewaluuje, metalowe części biżuterii pokrywa rdza. Nasi historycy tak rzadko przeglądają depozyt, że - jako człowiek małej wiary - zdążyłam już zwątpić, by za mojego życia któryś z nich się na to zdobył. A już przez myśl mi nie przeszło, że ktoś mógłby się porwać nie tylko na historyczne tabu, ale zakwestionować też samą "zasadę dyskrecji" obowiązującą w klubie historyków. W ramach owej zasady przyznanie się, że wydarzenia, o których badacz pisze, robią na nim wrażenie - poruszają go, przerażają, prześladują, skłaniają do porzucenia tematu albo, broń Boże, do zmiany metodologii - jest czymś z gruntu niewyobrażalnym. Przystoi to socjologom i kobietom, bo socjolog tak się ma do historyka jak kobieta do mężczyzny.


Zasługa Jana Grossa polega na tym, że miał odwagę pojąć, jaką rolę w uwolnieniu doświadczeń uwięzionych w postpamięci odgrywa dziś historyk. Po czym zrobił to, co do niego należało. Można go za to wywalić z klubu historyków - albo zmienić regulamin.


W kwestii regulaminu dodam jeszcze, że zasada dyskrecji ("O nas samych raczej zamilczmy") pierwotnie pojawiła się w Europie jako nakaz etyki arystokratycznej, nie zaś mieszczańskiego savoir-vivre'u. Jej funkcją było temperowanie narcyzmu, nie zaś unikanie ryzyka czy przemilczanie tego, co ma się na myśli lub na sumieniu. To zresztą kłóciłoby się z zasadą prawdomówności stojącą ponad zasadą dyskrecji. Dopiero w etyce mieszczańskiej za honorowe zaczęło uchodzić to, co etyka poprzednich epok uznawała za hańbiące - przemilczanie, co się naprawdę myśli i kim się w istocie jest. W połączeniu z ideologią pozytywizmu tak pojęta zasada dyskrecji stała się prawdziwą trucizną dla ducha, o ciele nie wspominając. Trwałe rozłączenie "doznania" i "poznania" to właśnie jej sprawka.


Nieraz już słyszałam, że zasadę dyskrecji demaskowano jako "produkt męskiej tradycji ascetycznej", przejaw "pragnienia, by w poszukiwaniu prawdy przekroczyć ciało" (Robin May Schott). Nigdy jednak nie zdawałam sobie sprawy, że ktoś, kto w poszukiwaniu prawdy "przekracza ciało", może się potknąć o czyjeś zwłoki - i nawet ich nie zauważyć. Czyniąc zaś normę z profesjonalnego odrętwienia, zmienia historię w "opowieść szaleńca - głośną, wrzaskliwą, pozbawioną sensu" (Szekspir).


Gdy w świecie opanowanym podobną wizją historii pojawia się taka książka jak "Sąsiedzi", a w ślad za nią "posttraumatyczne szaleństwo", faktu tego nie należy uznawać za przejaw choroby, lecz za oznakę zdrowia. A nawet za "dowód na istnienie" - w znaczeniu, o którym pisuje Hanna Krall.


* Dr hab. Joanna Tokarska-Bakir - anropolog kultury, eseistka. Wykłada w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Tekst jest fragmentem książki "Rzeczy mgliste", która ukaże się wkrótce w wydawnictwie Pogranicze