E-mail

English






Fragmenty z „Ogrodu Pamieci” Joanny Olczak-Ronikier

Zwoje , Luty 2003, http://www.zwoje.com/zwoje/

W roku 2002 Nagrodę Nike – najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Polsce - otrzymała Joanna Olczak-Ronikier za książkę p.t. W ogrodzie pamięci (Wydawnictwo Znak, Kraków 2002). Jest to zbiór opowieści z historii jej rodziny od roku 1804 do 2000. Nie jest to ani kronika rodzinna, ani powieść-rzeka. Jest to opowieść-rzeka o rodzinie w Horwitzow-Mortkowiczów-Olczaków, opowieść o ludziach wciągniętych, nie tylko biernie, w wir burzliwej historii pierwszej połowy XX stulecia.

 

Autorka, na podstawie ocalałych rodzinnych papierów i opowiadań, na 344 stronach (a nie w opasłych tomach!), stworzyła fascynującą opowieść-rzekę, sagę rodu z historią w tle, przywołującą z ogrodu pamięci szereg niezwykłych wydarzeń, problemów ludzkich, nieszczęść ludzkich, szereg zasług dla kultury polskiej. Przywołała z ogrodu pamięci wielu ludzi znanych, jak również nieznanych w szerszym kręgu ludzi dobrych. Pisze o sprawach dobrych i złych. Traktuje o problemach asymilacji czy polonizacji Żydów, ich tożsamości, antysemityźmie, o drodze Żydów w początkach stulecia i w okresie międzywojennym do komunizmu i ich znacznym w nim udziale. Opowiada o doświadczonym w tej rozległej rodzinie stalinowskim terrorze w Związku Sowieckim. O drogach przeżycia Zagłady, ukrywaniu Żydów przez Polaków i o Polakach-szantażystach. Opowiada to wszystko z wielką szczerością, nie stroniąc od spraw osobistych ani drażliwych. Jak napisała, "odtwarza obraz przeszłości, aurę tamtych lat." Odtwarza go pięknym stylem i językiem ("Czas dalej stał w miejscu. Miał słodycz i gęstość miodu."). Znakomita książka.

 

Joanna, z którą znamy się od 35 lat, odkąd zjawiłem się w krakowskiej "Piwnicy pod Baranami", z chęcią pozwoliła mi zamieszczać fragmenty swojej książki w Zwojach. Czynię to z ogromną radością i wdzięcznością dla Niej.

 

Joanna, mówiąc o książkach swojego dzieciństwa, napisała:
"Gdzieś w Niebie stoi oszklona szafka, w której czekają na mnie te wszystkie dawno temu czytane, zagubione książki..."

 

To równie trafnie odnosi się do innych ludzi i innych książek.
Na początek, z Jej "Ogrodu pamięci", przytaczam fragmenty o działalności wydawniczo-księgarskiej Jej dziadków, Jakuba i Janiny Mortkowiczów w Warszawie. Tytuł "Artysta książki" pochodzi ode mnie. W przyszłych Zwojach wrócę do innych wątków książki.
Andrzej Kobos


 

Z ogrodu pamięci

ARTYSTA KSIĄŻKI

JOANNA OLCZAK-RONIKIER


[...]
Uwielbiane, śliczne, mądre dziecko, wzajemna miłość, zarobki skromne, ale wystarczające, te same zainteresowania intelektualne i artystyczne - wydawałoby się, że niczego nie brakuje młodej parze do szczęścia. Ale Jakuba najwyraźniej nudziła praca bankowa. Był zbyt wielkim indywidualistą. Miał nadmiar energii, za dużo marzeń, za dużo inwencji i ambicji. Szukał innego pola do działania. Żona utwierdzała go w przekonaniu, że powinien robić to, co go naprawdę interesuje. A co go najbardziej interesowało? Książki.

Janina i Jakub Mortkowiczowie, 1901 rok

Przy ulicy Marszałkowskiej 143 mieściła się znana księgarnia nakładowa, sortymentowa i komisowa założona w roku 1876 przez Gabriela Centnerszwera. Jego jedyny syn - Mieczysław - nie chciał przejąć ojcowskiej firmy. Wybrał drogę naukową, został później chemikiem, wykładowcą na uniwersytecie w Rydze i w Warszawie. Stary pan Gabriel miał coraz mniej sił, więc szukał wspólników.

 

W roku 1903 Henryk Lindenfeld, kolega bankowy, przyniósł wiadomość, że są do kupienia udziały w księgarni Centnerszwera za sumę piętnastu tysięcy rubli, i zaproponował Mortkowiczowi, by je do spółki nabyli. Jakub od razu zapalił się do projektu. Janina także powitała entuzjastycznie ów pomysł. Oboje uznali, że z jej posagu złożonego na procent u wujów Kleinmannów zaczerpną potrzebną kwotę. Jednak przezorna Julia bała się, czy pieniądze nie zostaną zmarnowane. Zasięgnęła rady u brata. Bernard widocznie musiał się już przekonać do męża siostrzenicy. Odpowiedział filozoficznie: "Czemu nie? Książki to nie jest zły interes. Glücksberg, Orgelbrand, Lewental wychodzili na swoje...". I wypłacił Jakubowi cztery tysiące rubli akonto transakcji. Dalsze trzy i pół tysiąca dał mu w następnym roku.

13 maja 1903 roku spisany został akt zawarcia spółki. I tak Jakub Mortkowicz stał się współwłaścicielem firmy wydawniczej, która później miała należeć już tylko do niego. Wolałby zaczynać działalność samodzielnie i posag żony wystarczyłby zapewne na nabycie własnej małej księgarni. Ale jako osobnik "niebłagonadiożny" nie otrzymałby koncesji na prowadzenie wydawnictwa pod swoim nazwiskiem. Tak więc na Marszałkowskiej 143 zawisł nowy czarny szyld ze złotym napisem po rosyjsku i po polsku: "G. Centnerszwer i S-ka". Ów szyld został zmieniony dopiero w roku 1915.

Jeśli istotnie w gwiazdach zapisany jest plan naszego istnienia i szczęście polega na tym, by ów plan odczytać i zrealizować, to moi dziadkowie z niezwykłą intuicją i pewnością wywiązali się z tego zadania. Patrząc na ich losy z odległej perspektywy, widzi się wyraźnie, że bardzo starannie przygotowywali się do wspólnej drogi życiowej. Specyfika wydawnictwa Mortkowicza wynikła z ich niezależnych od siebie, młodzieńczych pasji. Nie wiedząc nawzajem o swoim istnieniu, chodzili tymi samymi szlakami, zwiedzali te same muzea, fascynowali się tym samym malarstwem, przywozili do domu te same albumy z reprodukcjami. Nic więc dziwnego, że artystyczne wydawnictwa, ich poziom graficzny i wyrafinowane oprawy stały się główną ambicją fiirmy. Wspólna miłość do poezj zaowocowała znaną serią wydawniczą Pod Znakiem Poetów. Zainteresowania pedagogiczne i społeczne babki znalazły swój wyraz w publikowaniu wartościowych książek dla dzieci i młodzieży. Wyspecjalizowała się też w wyszukiwaniu i tłumaczeniu nieznanych dotąd utworów dla młodych czytelników. Cudowna podróż Selmy Lagerlöf, Chłopcy z Placu Broni Molnara, Nad dalekim cichym fiordem Gjems-Selmer, tomy opowieści o doktorze Dolittle Loftinga weszły potem do kanonu klasyki dziecięcej.

 

Marzenia łączące młodą parę mogły potem zagubić się w codzienności, która na ogół skłania do rezygnacji z młodzieńczych ideałów i zmusza do kompromisów. A oni oboje ze wzruszającą stałością dochowali wiary swoim przekonaniom, że życie powinno być podporządkowane wartościom wyższym niż materialne i służyć interesom ogółu. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalali, były zagraniczne podróże.

 

Zaraz po nabyciu udziału w księgarni wyruszyli do Wiednia, Monachium i Lipska, aby rozeznać się w sytuacji księgarstwa i zaopatrzyć sklep w nowe wydawnictwa. Pojechałam z nim - wspominała babka - bo stosunki nasze ułożyły się w ten sposób, że beze mnie nie pozwalał sobie na żadną przyjemność. A taka podróż była przyjemnością w całym znaczeniu tego wyrazu. Spędziliśmy dwa tygodnie wśród książek, reprodukcji, dzieł sztuki, największych naszych zainteresowań. Dziadek notuje: Zapoznałem się z międzynarodową organizacją księgarstwa i powziąłem zamiar wykorzystania tych stosunków dla naszych celów, nie tylko handlowych, ale i kulturalnych.

W parę dni po ich powrocie do Warszawy przed księgarnią na Marszałkowskiej zaczęły gromadzić się tłumy. Nie widziano dotąd w tym mieście tak atrakcyjnej księgarskiej wystawy. W jednym oknie umieszczono ogromną kopię płaskorzeźby zwanej Tronem Dioklecjana. Oryginał pochodzący z epoki jońskiej znajdował się w muzeum w Rzymie i tak zachwycił młodą parę mnogością i urodą detali, że zakupili gipsowy, mistrzowsko spatynowany odlew i przytaszczyli go do Warszawy. Płaskorzeźba wzbudziła zachwyt warszawiaków, a jej elementy posłużyły parę lat później jako wzór godła Pod Znakiem Poetów. W drugim oknie rozwieszone były piękne reprodukcje najsłynniejszych arcydzieł malarstwa klasycznego przywiezione z podróży. Wokół piętrzyły się najnowsze wydawnictwa zagraniczne, głównie artystyczne. "Okna na świat" - tak nazywano witryny następnej siedziby księgarni na Mazowieckiej. "Okna na świat" otworzyły się po raz pierwszy wtedy, na Marszałkowskiej.

Później rozpoczęła się działalność edytorska. W roku 1903 ukazały się tylko dwie pozycje wydawnicze. Druga to Skąd się wziął twój braciszek ze starych zbiorów Centnerszwera. Z pierwszą łączy się pewna anegdota. By uniknąć zatargów z władzami carskimi, dziadek do wybuchu niepodległości nie sygnował publikowanych przez siebie książek. Tylko raz, właśnie w roku 1903, nazwisko Mortkowicz pojawiło się na karcie tytułowej. I ten wyjątek stał się wielkim powodem do dumy dla mojej babki.

Zawsze miała zamiłowania pedagogiczne, a niedługo przed zamążpójściem wzbudził w niej zainteresowanie powstały w Niemczech nowy kierunek: Kunsterziehunf - wychowanie przez sztukę. Napisała na ten temat źródłowy referat, ktory wygłosiła w Kole Pedagogicznym Kobiet Korony i Litwy i który tak się spodobał, że znany wydawca Michał Arct zaproponował ogłoszenie pracy drukiem. Tymczasem wyszła za mąż. Jednak wydawca żądał, by figurowała na okładce jako Janina Horwitz. Nowe nazwisko, jego zdaniem, brzmiało źle i mogło odstraszyć czytelników. Urażona, wycofała rękopis.

Mortkowiczowa Janina: O wychowaniu estetycznym, 8o, s. 74. To jest właśnie ta pierwsza pozycja wydana przez nową firmę. Jakoś przyjęło się to nazwisko w polskiej kulturze. Jakoś nie odstraszało czytelników - pisała w swych wspomnieniach z ironiczną satysfakcją.


Fragment rozdziału Janina i Jakub

* * *
[...]

Następne lato spędzili nad Atlantykiem, we francuskiej wiosce. Przyjechała do nich do Paryża ciocia Rózia i jej trzej francuscy synowie. Następnie wszyscy razem pojechali do Meranu, gdzie kurowała się Julia. A potem do Paryża, Monachium i Wiednia. Jakub Mortkowicz podczas tej podróży nawiązał bliskie stosunki z najwybitniejszymi wydawcami Francji, Niemiec i Włoch, zapoznał się z organizacją narodowych i międzynarodowych związków księgarzy oraz wydawców. Miał także wreszcie dość czasu, by z moją babką ustalić dokładny plan działalności wydawniczej po przyjeździe.

Po przeszło roku otrzymał pozwolenie na powrót do Warszawy. Wrócili więc we troje. Rodzice do pracy w księgarni, Anulka do swojego dziecinnego pokoju, który trzeba było przemeblować, bo przybyli nowi współmieszkańcy: wytworna paryżanka Lili w różowej jedwabnej sukni, szmaciana Włoszka Mimi i sześcioro paryskich dzidziusiów od cioci Rózi.

[...]

Właśnie wtedy, w pierwszym roku Wielkiej Wojny, mój dziadek, jakby na przekór chaosowi politycznemu i śmierci naokoło, powołał do życia swój mikrokosmos księgarsko-wydawniczy.

Miał wtedy czterdzieści lat. Był już dość znanym wydawcą, spłacił wspólnika Henryka Lindenfelda i stał się jedynym właścicielem firmy "G. Centnerszwer i Spółka", a także miał własną małą drukarnię, mieszczącą się przy ulicy Mazowieckiej. W pierwszych wojennych miesiącach wszelka działalność wydawnicza zamarła. Wprowadzono surową cenzurę, co znacznie utrudniło pracę, a ludzie z powodu drożyzny przestali kupować książki. Rozsądek nakazywał, by nie powiększać przedsiębiorstwa, czekać cierpliwie, co przyniesie przyszłość. Ale Mortkowicz był człowiekiem niecierpliwym. Uznał, że skoro nadszedł tak długo wyczekiwany czas zmian politycznych w świecie, on sam musi także, nie zwlekając, dokonać zmian w swoim życiu.

Najpierw, co było najprostsze, nastąpiła zmiana mieszkania. Nowa, większa, ładniejsza siedziba znajdowała się na piątym piętrze w budynku położonym na skarpie wiślanej, na ulicy Okólnik 5. Z okien widać było Wisłę, stare dachy wokół i mosty łączące Warszawę z Pragą. Przeprowadzka odbyła się w lipcu 1915 roku, tuż przed opuszczeniem Warszawy przez Rosjan, którzy uciekli przed nadchodzącymi wojskami niemieckimi, wysadzając za sobą w powietrze owe mosty.

Następny krok Mortkowicza zmierzał do polepszenia kondycji finansowej firmy. Miał mnóstwo planów wydawniczych, ale brakowało mu kapitału. Postanowił więc przekształcić swoje przedsiębiorstwo w spółkę akcyjną i namówił do uczestnictwa Teodora Toeplitza, przyjaciela ze studiów w Antwerpii. Kapitał zakładowy spółki, określony na dwieście tysięcy rubli, podzielony został na dwa tysiące akcji. Każda kosztowała sto rubli. Mortkowicz wykupił akcje za sto tysięcy rubli, Toeplitz za pięćdziesiąt dziewięć tysięcy, Janina Mortkowiczowa za dziesięć tysięcy. Reszta akcjonariuszy, a było ich razem dziewiętnastu, wniosła znacznie mniejsze sumy. Akt notarialny założenia spółki sporządzony został 2 lipca 1915 roku. Jako założyciel występował Teodor Toeplitz - mój dziadek dalej był źle widziany przez władze carskie i nie mógł figurować w rejestrach handlowych pod własnym nazwiskiem. Dlatego też nowa firma otrzymała enigmatyczną nazwę: "Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie, Spółka Akcyjna".

Dzięki zwiększonym kapitałom w lipcu 1915 roku zakupiona została kamieniczka na Rynku Starego Miasta w Warszawie, pod numerem 11. Dziadek przeniósł tam drukarnię i składy. Równocześnie na ulicy Mazowieckiej 12 otworzył nową, pięknie urządzoną księgarnię, która wkrótce stała się salonem artystycznym Warszawy.

Robienie takich inwestycji podczas wojny mogłoby się wydawać szaleństwem. Ale Mortkowicz nie na próżno ukończył Akademię Handlową w Antwerpii i parę lat pracował w banku Wawelberga. Wolał uchodzić za romantycznego marzyciela, jednak musiał mieć talenty finansowe, skoro w ostatniej chwili zdążył tak dobrze pokierować swoimi interesami i korzystnie ulokować pieniądze, które Janina odziedziczyła po Julii.

Gdy weszli Niemcy, obowiązującą walutą stały się marki, a szalejąca inflacja spowodowała, że z dnia na dzień traciły wartość. Zaś w roku 1917, po przewrocie bolszewickim, carska waluta, tak skrupulatnie ciułana przez moją prababkę, przestała istnieć.
Fragment rozdziału Niech żyje Polska!

* * *
W roku 1918 moja przyszła matka pisała:
Mieć lat szesnaście i przed sobą życie,
I głowę pełną zamiarów i chceń,
Pędzić przed siebie w radości, zachwycie
W cudny, słoneczny, sząfirowy dzień.

Mieć lat szesnaście, młode mocne nogi,
Na przyszłe trudy dwoje silnych rąk
Przebiegać ścieżki, bezdroża i drogi
I żyć swobodnie wśród lasów i łąk.

Mieć lat szesnaście i twarz roześmianą,
Z miłością patrzeć na ludzi i świat,
Z radością życia budzić się co rano,
Ach, jak to dobrze mieć szesnaście lat!

Zazdrościłam jej tego wiersza. Skończyłam szesnaście lat w apogeum stalinizmu i ani teraźniejszość, ani przyszłość nie budziły we mnie entuzjazmu. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak bardzo byłam w młodości zazdrosna o przeszłość mojej matki i babki. Przedwojenna Polska wydawała mi się Arkadią, utraconym rajem, którego słodyczy nigdy nie zaznałam. Błyszczała we wspomnieniach tysiącami świateł. Żadne cienie nie przysłaniały rajskiego krajobrazu.

Niepodległość oznaczała dla moich dziadków przede wszystkim konieczność wzięcia się do pracy. Wreszcie dla teraźniejszości, nie dla przyszłości, bez obaw, bez politycznych represji. Wiosną 1919 roku Jakub Mortkowicz dzięki specjalnym przepustkom i pozwoleniom jednym z pierwszych ekspresów wojskowo-dyplomatycznych wyjechał do Francji i Anglii, by nawiązać zerwane przez wojnę kontakty zawodowe. Wziął ze sobą egzemplarze swoich wydawnictw. W broszurze Książka polska jako czynnik międzynarodowy i propagandowy wspominał później: Główny dyrektor Oxford Press, słynny wydawca Henry Milford, podczas dyskusji powiedział mi: ŤPokaż mi pan, jak wydajecie książki, a przekona mnie pan do waszej kultury i niepodległego bytuť. Pokazałem i przekonałem go.

Jakub Mortkowicz

Wrócił zachwycony propozycjami współpracy, z mnóstwem pomysłów i planów. Przywiózł do Warszawy francuskie i angielskie nowości literackie, ogromne ilości albumów i reprodukcji artystycznych, którymi udekorował okna wystawowe księgarni na Mazowieckiej, zwoje kolorowych płócien na oprawy książek. Zona i córka z najwyższym trudem wyprosiły u niego parę metrów tych cudowności na letnie sukienki.

W chudym powojennym roku 1919, kiedy szalała inflacja i ceny zmieniały się z godziny na godzinę, ukazało się w wydawnictwie Mortkowicza trzydzieści jeden tytułów: wśród nich pięć tomików Leopolda Staffa, pięć tomów Stefana Żeromskiego, Jak kochać dziecko Jausza Korczaka, Łuk Juliusza Kadena-Bandrowskiego, Wiosna i wino - pierwszy tomik poezji Kazimierza Wierzyńskiego. Siedemnastoletnia Hania patrzyła na młodego i pięknego poetę zakochanymi oczami.

Tuż obok księgarni na Mazowieckiej mieściła się słynna kawiarnia "Ziemiańska", gdzie przy małej czarnej spotykali się najpopularniejsi poeci, pisarze, ludzie teatru i malarze. Tam rodziły się najciekawsze pomysły artystyczne i najlepsze żarty, tam w atmosferze szampańskiej zabawy ustalano bezlitośnie hierarchię towarzyską; ktoś, kogo nie zaakceptowali złośliwi skamandryci: Tuwim, Słonimski, Lechoń, był skończony w opinii Środowiska; debiutant, któremu pozwolono usiąść przy ich stoliku na półpiętrze, czuł się nobilitowany.

Koleżanki Hani, uczennice państwowego Gimnazjum im. Klementyny z Tańskich Hoffmanowej, z pensjonarskim nabożeństwem przyglądały się sławnym literatom przez kawiarnianą szybę. Ona znała wszystkich osobiście. Chciała należeć do tego świata nie dzięki rodzicom, ale własnym zasługom. Pisała wiersze, pięknie rysowała. Czy miała zostać pisarką? Może malarką? Nie mogła się zdecydować.
Po maturze rozpoczęła studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, jako dodatkowy fakultet wybrała historię sztuki, a do tego zapisała się do Szkoły Sztuk Pięknych, przemianowanej później na Akademię Sztuk Pięknych. Uczyli ją znani profesorowie: Konrad Krzyżanowski, Tadeusz Pruszkowski, Stanisław Noakowski, słynny ze swoich wykładów, podczas których kredą na tablicy wyczarowywał cudowne architektoniczne rysunki. Studia uniwersyteckie traktowała serio, natomiast lata spędzone na Akademii wspominała jako czas młodzieńczej beztroski. Pełne fantazji malarskie szaleństwa, szampańskie bale, plenery w Kazimierzu nad Wisłą, popularne w mieście szopki artystyczne kontrastowały podniecająco z solenną atmosferą kultu sztuki panującą w domu.
Wiodła życie godne zazdrości. Uwielbiani i kochający rodzice, magiczna aura własnego wydawnictwa i księgarni, nauka, interesujące przyjaźnie, zagraniczne podróże, muzea, światowe życie, bale, teatr, wystawy.

Miała dwadzieścia lat, kiedy 16 grudnia 1922 roku wybrała się z rodzicami na malarski wernisaż do gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych na placu Małachowskiego. Stali w pierwszych rzędach publiczności, kiedy padł strzał i otwierający wystawę Gabriel Narutowicz, tydzień wcześniej obrany prezydentem, zachwiał się i upadł. Trudno było zrozumieć, co się wydarzyło. Ktoś wołał: "Lekarza! Natychmiast lekarza!". Poetka Kazimiera Iłłakowiczówna, mająca pielęgniarskie kwalifikacje, ułożyła umierającego prezydenta na pluszowej, muzealnej kanapce. Wezwano pogotowie, wyproszono publiczność z sali. Morderca - Eligiusz Niewiadomski - malarz i historyk sztuki, fanatyczny zwolennik endecji, stał w kącie z rewolwerem w ręku i czekał na policję.

Narutowicz umarł w szpitalu. Niewiadomski został w trybie doraźnym skazany na śmierć. Wyrok wykonano. Przez wiele lat jego grób na powązkowskim cmentarzu zasypywany był kwiatami i płonęły na nim znicze, zapalane przez ludzi, dla których stał się bohaterem. już wcześniej wybory prezydenckie podzieliły społeczeństwo na dwa wrogie obozy. Skrajna endecka prawica krzyczała, że Narutowicz, mieszkający długo w Szwajcarii, nie jest "prawdziwym Polakiem", że o jego wyborze zadecydowały mniejszości narodowe: Żydzi, Niemcy, Ukraińcy, że przez ten wybór ucierpi narodowy charakter państwa polskiego. Nikt się jednak nie spodziewał, że w odrodzonej ojczyźnie dojdzie do "królobójstwa" - mordu na głowie państwa. Wtedy ta zbrodnia wydawała się niepojętym wstydem i hańbą, dowodem niedojrzałości politycznej i emocjonalnej, która minie z czasem. Później szowinistyczny obłęd prawicowych ideologów, którzy dzielili Polaków na tych "polskiej krwi" i na "przybłędów", zaczął narastać.

Nigdy nie słyszałam w domu o antysemickich przykrościach, które musiały przecież dotykać w latach międzywojennych moją rodzinę, tak samo jak dotykały innych asymilowanych Żydów. Numerus clausus, getto ławkowe, afronty ze strony kolegów na uniwersytecie. Ataki skrajnej prawicy zawsze w tym samym, dobrze znanym tonie: Żydzi są wszędzie. Żydzi zagrażają jedności narodowej. Żydzi knują. Żydzi się panoszą. Żydzi opanowali gospodarkę, literaturę, sztukę. Zatruwają polskie dusze. Deprawują naród.

Czy moja matka nigdy nie doznała żadnych przykrości w gimnazjum? Na uczelni? Jak znosił dziadek towarzyszące mu przez całe życie zniewagi? Co czuła babka? Nigdy się o tym nie mówiło. Moi bliscy woleli pielęgnować dobre wspomnienia, niż wracać myślą do złych.

Po doświadczeniach drugiej wojny światowej, w beznadziejnym mroku komunistycznych rządów, lata 1918-1939 mimo swoich cieni mogły wydawać się rajem utraconym. Osiągnięcia odradzającego się kraju, bujność życia artystycznego i literackiego, sukcesy firmy, przyjaźnie z pisarzami - wszystko to wydarzyło się tak niedawno i minęło bezpowrotnie. Moja matka w książce Bunt wspomnień opisuje powojenną rozmowę z Tuwimem, prowadzoną w czasach monstrualnego rozrostu biurokracji wydawniczej.

Pamiętasz? Szafirowy gabinet na Mazowieckiej, za sklepem. Ani woźnego, ani sekretarki, ani poczekalni. Pan Jakub pod oknem przy biurku rozmawiał z Żeromskim albo ze Staffem, albo z Dąbrowską, albo ze mną. A przez ten czas do pokoju wchodzili klienci i kupowali obrazki wiszące na ścianach. Nic to nikomu nie przeszkadzało. Wychodziły piękne książki. Kto je wydawał? Dwie, może trzy osoby... Ja przynosiłem do pana Jakuba do księgarni rękopis. Taki kajecik z wierszami, pamiętasz. I co? Pan Jakub brał ten kajecik pod pachę i szedł z nim od razu pieszo do drukami na Stare Miasto. I nie było żadnego planowania ani redaktorów, ani adjustatorów, ani nic. Tylko zecer przy kaszcie brał wiersze do składania, a po kilku dniach były już pierwsze korekty.

Tomik Juliana Tuwima Treść gorejąca, wydany przez Janinę Mortkowiczową w roku 1937

 

Dzieje wydawnictwa opisała moja matka w książce Pod znakiem kłoska. Wyczerpująco i fachowo opowiada tam o wszechstronnej działalności Mortkowicza, wspieranej współpracą żony. O autorach i grafikach. O procesie powstawania książki. O pracownikach: drukarzach, introligatorach, sprzedawcach i woźnych. O kontaktach z zagranicą. O sukcesach i porażkach. A także o niekończących się kłopotach finansowych.

Dwudziestolecie międzywojenne, mimo swoich osiągnięć, nie było przyjazne książce. Najpierw inflacja, potem reforma finansowa, wreszcie kryzys gospodarczy, powszechne zubożenie, wzrastające koszty produkcji - wszystko to spowodowało spadek sprzedaży. Tytuły prasowe wołały: "Agonia polskiej książki!". Uważano, że młodzież nie czyta, bo odciągana jest od lektury przez kinematograf, sport, radio, ilustrowane tygodniki. Mortkowicz wypowiadał się w prasie fachowej i w pismach literackich na temat znaczenia książki w życiu społeczeństwa, obmyślał sposoby przyciągnięcia czytelnika do księgarni. W roku 1918 założył z paroma znanymi księgarzami spółkę Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych "Ruch", która zajmowała się kolportażem pism, książek i materiałów piśmienniczych w całym kraju, a więc był współtwórcą funkcjonującej do dziś sieci kiosków "Ruchu". W roku 1929 zaproponował kolegom księgarzom barwne i tłumne wyjście na ulicę: wielki kiermasz ze stoiskami na placu Teatralnym. Konkurs "Książka miesiąca", "Dni dobrej książki" – to wszystko jego pomysły wykorzystywane do dziś.

A przecież cały czas balansował na krawędzi bankructwa. Ciągle istniała obawa, że dochody nie pokryją wydatków, że zabraknie pieniędzy na pensje pracowników, honoraria dla autorów, na papier, na druk, na życie. Nie dorobił się majątku, więc na nowe tytuły zaciągał kredyty w bankach. Potem je spłacał z osiągniętych wpływów. Ale bywało i tak, że pomylił się w swoich rachubach, książka nie szła - trzeba było zaciągać następne długi. Miał jednak talent do interesów i długo dopisywało mu szczęście. Kiedy było już bardzo źle - wpadał na nowy, świetny pomysł i znowu następował okres pomyślności. Nie chciał jednak podporządkowywać się prawom rynku. Wydawał tylko to, co go naprawdę interesowało.

Trudno powiedzieć, jaka była specjalność wydawnictwa. Poezja? W roku 1910 narodziła się znana seria poetycka Pod Znakiem Poetów: wąskie, niewielkie tomiki poetyckie w pięknej szacie graficznej, oprawione w zamsze i kolorowe płótna. Nazwa nie była oryginalna. Tak nazywała się oficyna drukarska Michała Grölla typografa z czasów stanisławowskich. Natomiast pomysłem Mortkowicza była winieta widniejąca na okładkach: złocisty rysunek w kształcie koła, w które wpisane są dwie greckie dziewczyny, zwrócone twarzami ku dymiącej kadzielnicy; jedna gra na flecie, druga składa ofiarę bogom - motyw z rzymskiej płaskorzeźby.

Godło serii "Pod znakiem poetów"


W roku 1928, kiedy w dziesięciolecie istnienia Polski Odrodzonej ozdabiano kamienice Rynku na Starym Mieście barwnymi polichromiami, Mortkowicz zaproponował, by średniowiecznym obyczajem staromiejską kamieniczkę nr 11 nazwać "Pod Znakiem Poetów" i ozdobić ją wyrzeźbionym na fasadzie godłem. Płaskorzeźbę, wzbogaconą u góry tomami książek, z wyrytymi nazwiskami autorów, zaprojektował rzeźbiarz Stanisław Ostrowski.

Literatura piękna? To Mortkowicz namówił Marię Dąbrowską do rzucenia państwowej posady i zaofiarował jej comiesięczne stypendium akonto przyszłych rozliczeń, dzięki czemu mogła skoncentrować się na pisaniu Nocy i dni.
Podpisawszy w roku 1914 umowę ze Stefanem Żeromskim na wydanie zbiorowe jego dzieł, wypłacał mu regularnie określoną sumę tytułem zaliczki, umożliwiając pisarzowi spokojną egzystencję. W latach pierwszej wojny światowej, kiedy nie funkcjonowała poczta, przekradał się z Warszawy przez zieloną granicę do Zakopanego, gdzie mieszkał wówczas pisarz, by przekazać mu pieniądze. W roku 1915 pisał do niego Żeromski: Umowę otrzymałem i serdecznie dziękuję Panu za nią i za wszystko dobre, ktore mnie ze strony Pana tak stale i systematycznie spotyka. W życiu tak twardym jak moje rzadko miałem tak przyjazną i życzliwą dłoń jak Pańskaj toteż ją serdecznie ściskam.

Książki dla dzieci? Ten dział był domeną mojej babki, która dbała o ich poziom literacki i graficzny. Pod hasłem "Dajmy dzieciom to, co mamy najlepszego" ukazywały się w wydawnictwie Mortkowicza kolejne utwory Janusza Korczaka, wiersze dla dzieci Tuwima, Klechdy sezamowe i Przygody Sindbada Żeglarza Leśmiana, przekłady klasyki dziecięcej: Baśnie Andersena, Przygody Piotrusia Pana Barri'ego, Pierścień i róża Thackeray'a.

Tanie książki dla każdego? Żeromski dla Całej Polski po wyjątkowo niskiej cenie. Wydania zbiorowe Norwida, Staffa, Struga. Zeszytowe Dzieje Sztuki w Polsce. Dobre Książki dla Młodzieży - tom za złotówkę. Zeszytowe Malarstwo Polskie dla Wszystkich. Mogłabym wymieniać tytuły w nieskończoność.

Okładka Puszczy Jodłowej Stefana Żeromskiego, Wydawnictwo J. Mortkowicza, 1926

Ale największą miłością mego dziadka były wydawnictwa artystyczne. Tu mógł sam realizować swoje pomysły, dobierać czcionki, materiały graficzne, kolory okładek. Tak powstawały luksusowe edycje drukowane na czerpanym papierze, bogato ilustrowane, oprawiane w skórę z wytłoczonymi złotymi ornamentami i napisami. Popioły Żeromskiego, Polski drzeworyt ludowy opracowany przez Władysława Skoczylasa. Teki z reprodukcjami Pankiewicza, Zaka, Kislinga, odbijane tak wiernie, że nie różniły się od oryginałów. Dziesiątki innych wytwornych albumów Siedleckiego, Władysława Skoczylasa, Edmunda Bartłomiejczyka, które do dziś stanowią arcydzieła sztuki wydawniczej, graficznej, introligatorskiej.


List Marszałka Józefa Piłsudskiego do Jakóba Mortkowicza, 1928


Mortkowicz pełnił także odpowiedzialne funkcje społeczne. Był aktywnym członkiem Zarządu Związku Księgarzy Polskich. Działał w Polskim Towarzystwie Wydawców Książek. Wyjeżdżał jako polski delegat na międzynarodowe zjazdy księgarskie i kongresy. Wydawał czasopismo Myśl Polska, potem Świat Książki. Sam dużo pisał.

Nie wiem, jak znajdował na to wszystko czas. I trudno mi uwierzyć, że ten kolorowy, bujny, najbogatszy w dokonania okres jego życia trwał zaledwie trzynaście lat.

Nie znałam dziadka. Umarł, nim się urodziłam. Ale jego legenda towarzyszyła mi przez całe życie. Był przez moją babkę i matkę bezgranicznie uwielbiany, nigdy nie słyszałam o żadnych jego wadach. A przecież musiał mieć jakieś przywary i śmiesznostki. Z cudzych relacji wynika, że bywał niesprawiedliwy, łatwo się urażał, często dawał się ponosić zbyt wygórowanym ambicjom. Nie znał umiaru w wydatkach. Niewykluczone, że był snobem. Nie zawsze odgrywał wobec pisarzy rolę filantropa, często dobrze na nich zarabiał – pieniądze na funkcjonowanie firmy nie spadały przecież z nieba. Opisał go złośliwie Antoni Słonimski w satyrycznej komedii Murzyn warszawski, Bolesław Leśmian ciągle narzekał w swoich listach na skąpstwo i zarozumiałość Mortkowicza.

Stosunki między pisarzami a wydawcami zazwyczaj są pełne zadrażnień i wzajemnych pretensji. Każda ze stron ma poczucie, że jest wykorzystywana. Ale ja na szczęście nie piszę pracy naukowej i nie muszę starać się o obiektywizm. Chciałabym tylko lepiej go zrozumieć.

Wydaje się postacią z romantycznej tragedii. Miał poczucie misji, osiągał sukcesy, a nigdy nie byt z siebie rad. Żył w ciągłym nienasyceniu i tęsknocie. Czy powodem była choroba? Zbyt wygórowane ambicje? Kompleksy prowincjusza? Nieodwzajemniona miłość do Polski? Jak błędny rycerz zaciągnął się w służbę polskiej kulturze. W zamian słyszał i czytał, że jest tylko żydowskim handlarzem i powinien znać swoje miejsce, nie udawać artysty. To bolało.

W okresach euforii nie przejmował się przykrościami, miał tysiące planów i projektów, zarażał wszystkich swoim entuzjazmem i w poczuciu wszechmocy porywał się na najśmielsze przedsięwzięcia. A potem następowały miesiące depresji i apatii. Moja babka i moja matka niechętnie o tym opowiadały. Za to rozkwitały, kiedy zaczynały sobie przypominać intensywność, kolory i smaki, którymi mieniło się życie, kiedy był w dobrej formie.

Uwielbiał podróże: i te dalekie - do Włoch, i te bliskie - na jarmark do Białegostoku. W zmysłowy sposób radowały go zakupy: sery i wino, świątki i gliniane garnki, kwiaty i kolorowe perkale - przywoził te wszystkie dobra do domu w hurtowych ilościach. Cieszyło go niestrudzone bieganie po muzeach i leniwe wałęsanie się po plażach. Na wakacjach lubił udawać malarza, brał ze sobą w plener farby i sztalugi, w słomkowym canotier, w błękitnym malarskim kitlu godzinami siadywał nad morzem. Ale nigdy nie odważył się dotknąć płótna pędzlem umoczonym w farbie. Znał swoje ograniczenia.

Był niespełnionym artystą. Z wielkim talentem dekorował okna wystawowe księgarni przy Mazowieckiej. Wpadał w euforię, gdy widział dużą przestrzeń, którą można plastycznie zorganizować. Na wystawach i Międzynarodowych Targach Książki we Florencji, Wiedniu, Lipsku, Paryżu, gdzie występował jako stały przedstawiciel Polski, sam zajmował się formą polskich ekspozycji. Pierwszy pokaz polskiej książki, na Fiera di Libro we Florencji w roku 1922, organizował jeszcze razem z Karolem Fryczem - znanym scenografem. Odnieśli wielki sukces.

W roku 1925, na następnej florenckiej wystawie, Polska nie miała pieniędzy na opłacenie fachowca. Pracował więc samodzielnie, przy pomocy służącego Włocha, przydzielonego z ramienia konsulatu. Kiedy trzeba było wejść na drabinę, by powiesić wysoko na ścianie kilimy, a pod nimi portrety trzech pisarzy: Sienkiewicza, Reymonta i Zeromskiego, służący odmówił, bo bał się, że spadnie. Dziadek więc, choć już wtedy nie najmłodszy, wspiął się pod sufit, wbił gwoździe i własnoręcznie rozlokował eksponaty. Ledwo zdążył przebrać się z roboczego kombinezonu we frak, by wziąć udział w uroczystym otwarciu wystawy. Z przybranej w kwiaty i sztandary trybuny w Palazzo Vecchio jako przedstawiciel Polski przemawiał do włoskiej rodziny królewskiej, dostojników państwowych i ludzi kultury z całej Europy. Później oprowadzał włoskiego króla po polskim stoisku, które zachwyciło prasę swoją urodą.

Od tej pory powierzano mu przygotowywanie polskich stoisk na kolejnych międzynarodowych wystawach. Wyszukiwał w kraju elementy dekoracyjne, wybierał książki i reprodukcje, z własnej kieszeni pokrywał koszt transportu. Na miejscu komponował wnętrze, ustawiał stoły i regały, rozwieszał obrazy, rozkładał wydawnictwa, sam zmieniał wodę w wazonach. Podczas wielkiej wystawy Salon International de Livre d’Art w Paryżu, w Petit Palais, biegał rankiem na targ po świeże kwiaty, dobierając taki odcień fioletu, by pasował do szarej polewy dzbanków.

Jakub Mortkowicz, Paryż 1931


Cieszyła go uroda świata. Miał udaną rodzinę. Wiódł szczęśliwe życie. Robił to, co lubił, i osiągał to, co chciał. A w tle cały czas czaiła się rozpacz. Nie wiem, jak moja babka - programowa optymistka - dawała sobie z tym radę. Moja matka przyznawała, że ten stały niepokój zatruwał jej młodość.
[...]

Wiosną 1931 roku [Hania] pojechała z rodzicami do Paryża na wielką międzynarodową wystawę poświęconą książce ilustrowanej - Salon International de Livre d'Art. Auto, wspaniałego chryslera 75, prowadził szofer Banaś w szarej liberii. Eksponaty wysłano wcześniej, pociągiem. Mortkowicz - komisarz działu polskiego - na długo przed otwarciem obmyślał formę stoiska. Wybierał najpiękniejsze książki z dorobku najlepszych polskich wydawnictw, reprodukował najciekawsze ilustracje, dobierał ramy do barwnych, planszy, gromadził huculskie kilimy, barwną ceramikę, ludowe rzeźby.

Był to czas wielkiego kryzysu gospodarczego. Na rynku księgarskim panował zastój. Upadały firmy wydawnicze. Mortkowicz - już wtedy poważnie zadłużony w bankach, w drukarniach, u autorów - jak zawsze nie liczył się z pieniędzmi. Z okazji wystawy zaprojektował i własnym sumptem wydał album propagandowy: Le livre d'art en Pologne 1900-1930. Gruby, pięknie oprawiony tom stanowił przegląd polskiego edytorstwa w pierwszym trzydziestoleciu dwudziestego wieku. Barwne wkładki obrazujące osiągnięcia polskich wydawców, ilustracje książkowe znanych polskich grafików, szlachetny, bezdrzewny papier, specjalna czcionka złożyły się na całość wykwintną i kosztowną. Książka nie była przeznaczona na sprzedaż. Rozdawał ją hojnie uczestnikom wystawy jako dar polskiego wydawcy dla wydawców z całego świata.

Pobyt był pasmem sukcesów i przyjemności. Prasa francuska pisała: ...nikt z nas nie zapomni pięknego udziału pana Mortkowicza w organizacji sekcji polskiej. Była jedną z najbardziej atrakcyjnych na wystawie i wywarła ogromne wrażenie na wszystkich zwiedzających.

Równocześnie odbywał się w Paryżu Międzynarodowy Kongres Wydawców. Mój dziadek powiedział na uroczystości otwarcia:

Zabieram glos w imieniu księgarzy i wydawców polskich z wielkim wzruszeniem. Dwadzieścia jeden lat temu postawiłem na Kongresie w Amsterdamie w roku 1910 wniosek o przyznanie reprezentacji w Kongresie - Polsce, podzielonej wtedy między trzy potężne monarchie. Motywowalem ten wniosek faktem, że Polska, aczkolwiek podzielona w swym ciele przez trzy granice, pozostaje jednym narodem o jednej, jedynej kulturze i że książka polska nigdy tych granic nie uznała. Wniosek ten został przyjęty przychylnie i miejsce w Komisji Międzynarodowej zostało narodowi polskiemu przyznane. Dzisiaj mam zaszczyt i - powiem - szczęście stanąć przed tym zgromadzeniem po raz drugi, aby wyrazić Kongresowi w Paryżu w imieniu wydawców i księgarzy Polski wolnej i zjednoczonej wyrazy uznania i wdzięczności za tę proroczą uchwałę z roku 1910.

 

Wysoko zaszedł żydowski chłopiec z Radomia. Był gorąco oklaskiwany, honorowany, brał wraz z rodziną udział w uroczystym dejeuner u prezydenta Francji. A ja - pisze moja matka - przysłuchując się obradom, uczestnicząc w przyjęciach, czułam się obywatelką całego świata, reprezentantką wielkiej kultury swojego narodu tak mocno i szczęśliwie, jak nigdy przedtem ani potem.
4 lipca 1931 roku odjechali do Polski. W hotelu "Cayres" na bulwarze Raspail, gdzie mieszkali, Mortkowicz zostawił swój kufer, a w nim frak i cylinder szapoklak - strój obowiązujący na reprezentacyjnych występach i przyjęciach. Chciał wrócić do Paryża jesienią na zamknięcie wystawy. Gdy auto odjeżdżało, kierownik i portier hotelu, stojąc na ulicy, wołali: A bientôt Monsieur Mortkowicz, a bientôt!
W Warszawie czekały na niego upomnienia i ostrzeżenia od banków, w których zaciągnął kredyty. Małomówny i skryty, nigdy nie przyznawał się rodzinie, jak ciężko przeżywa ciągłe trudności finansowe. Nie umiał się ograniczać, rezygnować z pomysłów artystycznych, oszczędzać, kalkulować. Nie chciał żyć w poczuciu ciągłego zagrożenia.

9 sierpnia 1931 roku w mieszkaniu na Okólniku, w chwili nerwowego załamania, strzelił do siebie z rewolweru. Przewieziony natychmiast do lecznicy przy ulicy Zgoda umarł o godzinie dwunastej. Miał pięćdziesiąt sześć lat. W liście, który zostawił żonie i córce, napisał: Nie byłem kupcem i nie umieram jak kupiec.
Pogrzeb odbył się 11 sierpnia 1931 roku na żydowskim cmentarzu. Nad trumną w imieniu polskich wydawców przemawiał Stanisław Arct, w imieniu polskich pisarzy - Jan Parandowski. Książkę Le livre d'art en Pologne włożono mu do grobu.
Fragmenty rozdziału Pod znakiem kłoska

* * *
[...]
Nadzwyczajnie zachowali się wierzyciele. Ci zaprzyjaźnieni, jak na przykład Anna Żeromska, okazali dobrą wolę, czekając cierpliwie na zaległe honoraria. Pośpieszyli z pomocą autorzy. Maria Dąbrowska miała już od roku gotowy pierwszy tom swojej epickiej powieści. Nie chciała go drukować, póki nie skończy całości. Nie wiedziała nawet, jak nazwie dzieło. Wiadomość o śmierci Mortkowicza ogromnie nią wstrząsnęła. Nie wiedziałam, w czym to pani Janinie może dopomóc, miałam wrażenie, że spieszę z pomocą, gdy chwyciłam rękopis i pobiegłam z nim do księgarni na Mazowieckiej. Okazało się, że pomogło. Prowizoryczny tytuł Noce i dnie przyjął się znakomicie i ów pierwszy tom, natychmiast wydany, miał ogromne powodzenie, a pisarka dość szybko ukończyła następne.

Prezes Banku Powszechnego Związkowego Wacław Fajans dokonał jakichś niewiarygodnych i niezbyt dla mnie zrozumiałych manipulacji finansowych, by umożliwić spłatę zaciągniętych w banku długów na szczególnie korzystnych warunkach. Gdy okazało się, że mimo największych wysiłków i wyrzeczeń firmie dalej grozi bankructwo i można uniknąć upadłości tyl ko pod warunkiem nadzoru sądowego - nadzorca powołany przez sąd, mecenas Juliusz Kloss, stał się od razu najlepszym doradcą i przyjacielem.

On i Jerzy Kuncewicz czuwali nad właściwym przebiegiem handlowych działań i dzięki nim firma powolutku zaczynała stawać na nogi. Spłacało się należności, a działalność księgarni i wydawnictwa nadal trwała. Trzeba było oczywiście zrezygnować z drogich edycji: obniżyć ceny wydrukowanych już książek i albumów, a równocześnie pojawiły się nowe tytuły. Niecałe dwa i pół roku po śmierci Mortkowicza oferta gwiazdkowa [1933] wymieniała wśród wielu innych pozycji ukończone właśnie wydanie zbiorowe dwudziestu tomów Staffa, dwa tomy Nocy i dni Dąbrowskiej, trzeci w przygotowaniu, dwa nowe tomy poezji: Biblia cygańska Tuwima i Kołysanka jodłowa Lieberta. Kryzys był zażegnany.


[...]
Katalog wydawnictwa Mortkowicza na rok 1939 polecał następujące nowości: wiersze Jana Kasprowicza, Leopolda Staffa, Kazimierza Wierzyńskiego, Juliana Tuwima, Bolesława Leśmiana, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Dzieła literatury obcej: Don Kichota Cervantesa, Czerwoną lilię Anatola France'a, Pastwisko na Derborence Ramuza. Z literatury polskiej - opowiadania i publicystykę Marii Dąbrowskiej, Słupy ogniste Poli Gojawiczyńskiej. I jeszcze Cesarstwo rzymskie Tadeusza Zielińskiego. Trzy tomy reprodukcji: Malarstwo włoskie, Rzeźba włoska, Tańce polskie Zofii Stryjeńskiej. Dla dzieci: Upartego chłopca Janusza Korczaka, Operę doktora Dolittle i Pocztę doktora Dolittle Hugh Loftinga w tłumaczeniu babki. Nieźle. A przecież wymieniam nie wszystkie tytuły.

Na następnej stronie, po wykazie nowości, wydrukowane zostało faksymile listu Józefa Piłsudskiego. Przedrukowany został również list z listopada 1937 roku, w którym Komisariat Sekcji Polskiej na Światowej Wystawie Paryskiej zawiadamiał, że uchwałą międzynarodowego jury przyznano wydawnictwu GRAND PRIX za książkę artystyczną.

W sierpniu 1939 roku minęło osiem lat od śmierci Mortkowicza. Babka i matka mogły być z siebie dumne. Sprostały zadaniu. Nie wiem, czy podział ról był sprawiedliwy. Babka przejęła na siebie sferę duchową przedsięwzięcia: inspiracje, pomysły, rozmowy z autorami, korespondencję i reprezentację. Nie nauczyła się księgowości. Nie zajmowała się sprawami handlowymi. Cała czarna robota spadła na moją matkę. Borykanie się z kłopotami materialnymi, negocjacje z wierzycielami, nadzorowanie pracy drukarni, odpowiedzialność za artystyczny poziom wydawnictw. A także za byt firmy i rodziny.

1 sierpnia 1939 roku była ładna słoneczna pogoda. Matka wyszła z banku, gdzie wpłaciła właśnie ostatnią ratę długu firmy, i poszła do "Ziemiańskiej" na kawę. Może nawet przedtem kupiła sobie nowy kapelusz. Zasłużyła na nagrodę. Wszystkie należności były spłacone. W sejfie PKO leżało trzydzieści tysięcy złotych, przeznaczone na sezon jesienny. Po raz pierwszy od śmierci ojca poczuła się wolna. Miała wtedy zaledwie 36 lat. Za sobą nieudane małżeństwo. Przed sobą przyszłość, w której, jak się łudziła, będzie mogła wreszcie pomyśleć o własnym życiu. Miesiąc później wybuchła wojna. [...]
Fragment rozdziału Biały bez

Joanna Olczak-Ronikier: W ogrodzie pamięci,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2002.

Fotografie pochodzą z archiwum autorki.