E-mail

English






KTO RATUJE JEDNO ŻYCIE

Rzeczpospolita,

24 marca 2004

60 lat temu w Markowej pod Łańcutem Niemcy wymordowali ośmioro Żydów i polską rodzinę, która ich ukrywała. Na szczęście nie wiedzieli, że we wsi wielu Polaków ukrywa żydowskich sąsiadów.

Abraham Segal dziwi się, że Polacy tak szybko zapomnieli, a wręcz wstydzą się przypominać o bohaterstwie polskich ofiar holokaustu. - To Markowa powinna stać się symbolem zachowań Polaków wobec Żydów. Ja jestem żywym przykładem, że tragedia w Jedwabnem stanowiła margines zachowań Polaków w czasie okupacji - mówi.

Archiwalne zdjęcie Józefa i Wiktorii Ulmów zamordowanych przez hitlerowców za przechowywanie Żydów podczas okupacji Abraham Izaak Segal ma 74 lata. Mieszka w Izraelu. Wojnę przeżył w Markowej k. Łańcuta dzięki Janowi i Janinie Cwynarom, którzy przyjęli go jak własne dziecko. - Jako Romek Koliszewski pasłem krowy, spałem w stodole, ale jadłem ze wszystkimi przy stole. Żeby mnie nie rozpoznano, Janina uczyła mnie modlić się po polsku, kazała czytać Mickiewicza i Słowackiego, przynosiła mi do nauki zeszyty polskich dzieci - opowiada.

 

Złożyć hołd

Segal przyjechał z Hajfy z żoną, by złożyć hołd Wiktorii i Józefowi Ulmom i ich siedmiorgu dzieciom, których Niemcy i granatowa policja zamordowali w Markowej 24 marca 1944 roku, razem z ośmiorgiem Żydów, których ukrywali. - Oddając cześć Ulmom, oddaję cześć mojej przybranej matce Janinie i wielu innym, często bezimiennym Polakom, którzy ratowali życie takim małym Abrahamkom jak ja - mówi. Chce doczekać chwili, gdy Janina Cwynar dołączy do grona "sprawiedliwych wśród narodów świata". Sześć lat temu złożył świadectwo prawdy w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie i czeka.

Był straszny krzyk

Na jednym z zachowanych zdjęć Józef Ulma, przystojny mężczyzna w garniturze, pod krawatem i w kapeluszu, trzyma na kolanach dwanaście lat młodszą żonę Wiktorię. Wokół nich gromadka dzieci, których doczekali się w sumie sześcioro. Wiosną 1944 roku Wiktoria była w kolejnej ciąży.
W najbliższą środę, w 60. rocznicę zamordowania rodziny Ulmów oraz ośmiu Żydów, których ukrywali, w Markowej odsłonięty zostanie pomnik poświęcony ofiarom z napisem: "Niech ich ofiara będzie wezwaniem do szacunku i okazywania miłości każdemu człowiekowi. Byli synami i córkami tej ziemi. Pozostaną w naszym sercu". W uroczystościach wezmą udział przedstawiciele episkopatu z arcybiskupem Józefem Michalikiem, władz Izraela, Instytutu Pamięci Narodowej, Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Polacy i Żydzi, którzy wspólnie będą modlić się za zmarłych. W zeszłym roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny Wiktorii i Józefa Ulmów oraz ich dzieci. Sprawą interesuje się ojciec święty Jan Paweł II.

23 marca urzędujący w Łańcucie Niemcy kazali stawić się w nocy przed budynkiem żandarmerii czterem furmanom z okolicznych miejscowości. Świtem furmanki z czterema żandarmami i czterema funkcjonariuszami policji granatowej dotarły do położonego na skraju wsi domu Ulmów. Jako pierwsi podczas snu zginęli dwaj bracia Szallowie oraz Golda Goldman. Następnie Niemcy na przemian rozstrzeliwali członków rodziny Szallów i Goldmanów, w tym Genię z małym dzieckiem. Ostatni zginął stary, ponadsiedemdziesięcioletni Szalla. Gdy już zabili wszystkich Żydów, przed dom wyprowadzili gospodarzy - Wiktorię i Józefa. Furmanom kazali się przyglądać "jaka kara spotka Polaków, którzy ukrywają Żydów".

"W czasie rozstrzeliwania był straszny krzyk. Dzieci wołały rodziców, a rodzice już nie żyli. To był straszny widok" - zeznawał po wojnie woźnica z Kraczkowej Edward Nawojski. Żandarmi zastanawiali się, co zrobić z szóstką dzieci Ulmów. Wtedy pochodzący z Koblowa w Czeskich Sudetach żandarm Józef Kokott zaczął strzelać do nich na oczach przerażonych furmanów. Zamordował wszystkie.
Polaków i Żydów pochowano w dwóch odrębnych dołach. Oprawcy zrabowali kosztowności i na miejscu zbrodni urządzili libację.

Zachowali ludzki odruch

Pochodzący z Markowej Franciszek Szpytma jest spokrewniony z rodziną Ulmów. Doktorant Uniwersytetu Jagiellońskiego i pracownik Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie od kilku lat zbiera świadectwa prawdy o rodzinie i innych Polakach, którzy w Markowej ukrywali Żydów. - Uratowano życie co najmniej siedemnastu Żydom. Siedmiu z nich do dziś żyje w Izraelu, USA i Kanadzie - wylicza.

W domu Kielarów przez kilka miesięcy ukrywano dwie kilkuletnie córki Reisenbachów. - Ich matka, Hejda przyszła do nas w nocy z błaganiem, by przechować dziewczynki, choć przez parę dni. Ukryliśmy je na strychu za pakami ze zbożem i tak siedziały kilka miesięcy - opowiada 82-letnia Stanisława Kielar. Później zabrała je matka i dopiero po wojnie okazało się, że do końca wojny cała pięcioosobowa rodzina Reisenbachów przeżyła kilka domów dalej, u Julii i Józefa Barów. Troje z nich żyje w Kanadzie.

Siedmioro Żydów o nazwisku Weltz przeżyło wojnę w stodole Doroty i Antoniego Szylarów. Troje z nich żyje w USA. U Jana i Weroniki Przybylaków schronił się Jakub Einhorn, a u Michała Bara na markowskim Kazimierzu przeżyła trzyosobowa rodzina Lorbenfeldów, którzy po wojnie wyjechali do Stanów Zjednoczonych.

- Wszyscy doskonale wiedzieli, że ukrywanie Żydów karane jest śmiercią. Szczególnie, gdy rozstrzelano rodzinę Ulmów. Mimo to zachowali ludzki odruch, miłość do drugiego człowieka - mówi Franciszek Szpytma.
Na cmentarzu w Markowej członkowie rodziny Ulmów poprawiają nagrobny napis. Złote, zatarte litery: "Kto ratuje jedno życie, jakby cały świat ratował".

Józef Matusz