E-mail

English







Musimy nieść ciężar winy przodków

Ks. Michał Czajkowski

Gazeta Wyborcza z dnia 25 maja 2001

Jeżeli - w misterium "świętych obcowania" - bogaci jesteśmy świętością naszych przodków w wierze, musimy wziąć na nasze ramiona także ciężar grzechów innych przodków. Prosząc publicznie Boga i ludzi o przebaczenie, Kościół oczyszcza się, staje się wiarygodny, przybliża na ziemi Królestwo Boże. Powiada Talmud: "Wielka jest skrucha, ponieważ przybliża Odkupienie" - pisze ks. Michał Czajkowski


W związku z tragedią Jedwabnego od miesięcy słyszę i czytam protesty, także niektórych moich Kolegów Teologów, przeciw prośbie o przebaczenie. Głosy protestu nie ustały nawet po ostatniej decyzji Episkopatu Polski o odprawieniu nabożeństwa pokutnego 27 maja w kościele Wszystkich Świętych w Warszawie (gdzie skądinąd księża biskupi będą mieli okazję, aby zaopatrzyć się w solidną literaturę antysemicką). Już w dwa dni po tej ważnej decyzji Episkopatu "Nasz Dziennik" pisał (w artykule "Przeprośmy, że żyjemy"): "Taka uległość posunięta do granic utraty honoru, dumy, poczucia godności, wreszcie przyzwoitości wobec własnego Narodu ze strony tych, którzy nas reprezentują - ośmiela" (ośmiela oczywiście "wpływowe lobby żydowskie" - do "pomówień, szantaży, żądań i znieważania Narodu"). Tak pisał dziennik, ciągle jeszcze uważany przez wielu za katolicki, tego samego dnia, kiedy Jan Paweł II przepraszał prawosławnych za nasze wobec nich grzechy i to nie sprzed dziesięcioleci, lecz wieków. I nie czekał przy tym na przeprosiny ze strony prawosławnych ani się ich domagał!


"Wina katolicka"


Napisałem "wina katolicka". To wspaniale, że w przygotowanym przez chrześcijan z Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów nabożeństwie pokutnym za Jedwabne 29 marca w kościele św. Marcina w Warszawie prócz dwóch biskupów katolickich wzięli udział dwaj biskupi protestanccy oraz duchowni i świeccy różnych Kościołów (zob. "TP" nr 8/2001); zapewne zobaczymy ich także w kościele Wszystkich Świętych. Jednak nie zapominajmy, że żydowskich sąsiadów mordowali nie metodyści czy mormoni, ale polscy katolicy; jeśliby nawet (jak wielu się upiera) byli to ludzie z marginesu - to "margines" też ma swoją narodowość i ludzie ci w niedzielę poszli pewnie na mszę św. Odprawiał ją ksiądz, który w czwartek nie ratował Żydów oraz ich oprawców - swoich parafian - przed zbrodnią. (Może i mnie zabrakłoby odwagi?) Pisał Jan Paweł II ("Tertio millennio adveniente", 33): "Kościół, choć jest święty dzięki swojemu włączeniu w Chrystusa, niestrudzenie czyni pokutę - zawsze przyznaje się przed Bogiem i przed ludźmi do grzesznych swoich dzieci". Także tych z Jedwabnego, Kielc, Nieszawy i tylu innych polskich parafii. Przyznaje się... Dlatego przeprasza. "Za każdą zbrodnię odpowiada bezpośredni sprawca, ci jednak, którzy są z nim związani więzami religijnymi czy narodowymi, chociaż nie ponoszą osobistej winy, nie mogą czuć się zwolnieni od odpowiedzialności moralnej za ofiary tego mordu" - mówił abp Henryk Muszyński ("TP" nr 25/2001).


"Kościół przyznaje się...". Przyznać się łatwiej do win teraźniejszych aniżeli przeszłych. Jednak jeżeli - w misterium "świętych obcowania" - dumni jesteśmy np. z bohaterstwa tych, którzy ratowali Żydów, jeśli bogaci jesteśmy świętością naszych przodków w wierze, musimy wziąć na nasze ramiona także ciężar grzechów innych przodków. "Ze względu na więź, która w Ciele Mistycznym łączy nas z innymi, my wszyscy, choć nie ponosimy osobistej odpowiedzialności i nie pragniemy zastępować sądu Boga, który sam tylko zna ludzkie serca, dźwigamy ciężar błędów i win tych, którzy byli przed nami" (Jan Paweł II, "Incarnationis mysterium", 11).


Istnieje też solidarność międzypokoleniowa - w dobru i złu - w Ojczyźnie. Uznanie zła nazywa Papież "aktem lojalności i odwagi", który "pobudza czujność i gotowość do stawienia czoła dzisiejszym pokusom i trudnościom" (TMA, 33). Dodałbym - to także akt miłości wobec własnego Kościoła (czyż kiepskim jest katolikiem, nie kocha Kościoła Jan Paweł II, który ponad sto razy prosił o wybaczenie?). To dotyczy także Narodu. Kochają najmocniej Polskę i służą jej dobremu imieniu w świecie właśnie ci, których - w obronie tegoż dobrego imienia - nazywa się judaszami, zdrajcami, oprawcami Narodu Polskiego, sługusami syjonizmu, rabinami, opluwaczami, oszczercami, komunistami, relatywistami moralnymi, nienawidzącymi Polski, Polaków i Kościoła... (To z listów, a co w prasie, każdy, kto się nie brzydzi, może poczytać, począwszy od nazwania prezesa IPN... polskim Quislingiem).


Zbawcza lekcja


Jakże wygodna jest amnezja. Ideologiczna - jakże łatwo zapominają o zbrodniach nazistowskich czy komunistycznych ci, którzy nie są bez winy. Narodowa - nie było zbrodni polskich na Żydach, Niemcach, Ukraińcach, bo "Polak jest niezdolny do czegoś takiego". Kościelna - mieliśmy tylko wyznawców, świętych, męczenników, no i trochę grzeszników dla okrasy, ale herezji, schizmy, podziałów winni są inni - a tu ten kochany Ojciec Święty od lat uparcie mąci, mówi o naszych winach, czy przypadkiem nie ma on trochę obcej krwi, te jego podejrzane przyjaźnie chłopięce w Wadowicach...


Prócz amnezji widzimy też swoisty "historycyzm". Ta choroba pamięci usprawiedliwia wszystko: takie były czasy, biedni ludzie na styku dwóch totalitaryzmów, współpraca żydowska z Sowietami, niemiecka opresja i presja, splątanie Niemców, Polaków, Żydów i Rosjan... Sumienie zależne od historii. Historia kryterium prawdy i dobra. Pamiętamy to z niedawnej epoki komunistycznej - jakiś głęboki fatalizm i pasywność wobec historii, czasem dystans estetyczny, ale brak osądu etycznego. Tymczasem prawo moralne musi być ponad historią. Czy Kościół jest tu bez winy, czy osąd etyczny stosował także do siebie, czy przygotował sumienia na najcięższą z prób?



Wiarygodność


Nie zapominamy oczywiście, że akt moralny ma aspekt subiektywny i obiektywny. Subiektywny - to wina, odpowiedzialność złoczyńcy. Tylko Bóg jest tu sędzią - Jego miłosierdziu polecamy grzesznika. Akt moralny ma także kwalifikację obiektywną: jego zgodność lub niezgodność z prawem moralnym. I tutaj osąd ludzki, osąd nasz jest jak najbardziej na miejscu. Złe czyny popełnione przez chrześcijan muszą być przedmiotem osądu moralnego i prośby o przebaczenie.


Prośba ta zwraca się najpierw i przede wszystkim do Boga. Jednak także do człowieka czy grupy społecznej - otwierając drogę pojednaniu. Prosząc publicznie Boga i ludzi o przebaczenie, Kościół oczyszcza się, staje się wiarygodny, przybliża na ziemi Królestwo Boże. Powiada Talmud: "Wielka jest skrucha, ponieważ przybliża Odkupienie". Natomiast abp Henryk Muszyński mówił w cytowanym wywiadzie dla ,,Tygodnika": "Nikt nie jest zdolny wrócić życia niewinnie pomordowanym, ale moralny akt skruchy zbliża i może stanowić decydujący moment na drodze do pojednania".


Kościół Chrystusa to misterium wiary. Refleksja wewnątrzkościelna nad tym misterium musi być natury teologicznej. Prośba Kościoła o wybaczenie może być w pełni pojęta tylko na płaszczyźnie teologicznej. Soborowa konstytucja "Lumen gentium" stwierdza: "Kościół obejmujący w swym łonie grzeszników, święty i zarazem ciągle potrzebujący oczyszczenia (,,sancta simul et semper purificanda"), podejmuje ustawicznie pokutę i swoje odnowienie". Świętość jest realizacją Kościoła. Dzięki swej więzi z Chrystusem i działaniu w nim Ducha Świętego wydaje Kościół dla świata owoce świętości, w których widać jego autentyczne oblicze. "Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić (...), aby samemu sobie przedstawić Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany" (Ef 5,25-27). Tu widzimy nonsens grzechu i sens prośby o wybaczenie. Tym bardziej że Kościół, Oblubienica Chrystusa, jest osobą. Dlatego trwa w swej tożsamości przez wieki i w sensie ontologicznym nie ma zerwania ciągłości w jego historii. Jako podmiot zachowuje pamięć o sobie, świadomość własnej tożsamości ("memoria sui"), która prowadzi do żywej świadomości Bożego Objawienia i daru ("memoria Dei"). Dlatego może i musi wyznawać swoje niewierności, także te z przeszłości.


Osobowość Kościoła wynika z samego Pisma Świętego, które mówi o "nowym człowieku" (Kol 3,10; Ef 2,15; 4,24) w sensie kolektywnym, eklezjalnym i personalnym - wszyscy wierzący stanowią razem człowieka nowego w Chrystusie. Chodzi o osobowość wspólną, mistyczną. Ta osobowość Kościoła cieszy się dobrą pamięcią: Bożych słów, czynów, miłosierdzia. Ta pamięć zawiera świadomość jedności i ciągłości Kościoła "le dor wa dor" - jak mówi Biblia hebrajska - "z pokolenia na pokolenie". Dlatego Kościół "zawsze przyznaje się przed Bogiem i przed ludźmi do grzesznych swoich dzieci" - jak pisał Papież. Te "dzieci" to przecież on sam, Kościół. Wedle formuły patrystycznej: "Casta Meretrix", czyli "Czysta Nierządnica". Czysta Oblubienica Chrystusa jest "nierządnicą" jako konkretna, grzeszna wspólnota, w sensie egzystencjalnym. Kościół grzeszy we wszystkich swych członkach (biskupów i papieży nie wyłączając), ale nie grzeszy jako taki. Wiem, że z zewnątrz trudno to zrozumieć, ale jako wierzący chrześcijanie tego rodzaju rozróżnień teologicznych nie wahamy się dokonywać.


I ten Kościół teraz - zgodnie z życzeniem Papieża (po raz pierwszy wyrażonym w roku 1984) - dokonuje "oczyszczenia pamięci". Nie chodzi o zatarcie czegoś w pamięci, lecz o ustanowienie nowej relacji do faktu z przeszłości, którego wspomnienie ciąży na sumieniu. A więc "oczyszczanie pamięci" sytuuje się na poziomie osądu etycznego; dla nas, chrześcijan, jako rachunek sumienia wobec Boga, w świetle Ewangelii. Aby w pełnej prawdzie powierzyć przeszłość miłosierdziu Boga, musimy uznać winę i prosić o wybaczenie. I tak oczyszczenie staje się wyzwoleniem. "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" (J 8,32).


Wspomnienie dokonanego zła wyznanego w akcie pokuty przestaje ciążyć jako paraliżujący traumatyzm. "Dzięki" Jedwabnemu łatwiej nam zrozumieć sens papieskich słów i gestu pokutnego wobec Żydów; tak, to także w naszym imieniu, za nasz grzech (nie wiedząc jeszcze o Jedwabnem), przepraszał. Dlaczego niektórym z nas tak trudno włączyć się w papieską skruchę, gdy chodzi o polski konkret? Bo chodzi o Żydów, a nie tylko o zranioną dumę narodową. Łatwiej nam prosić inne nacje o wybaczenie. Sądzę, że u podłoża tej niechęci do przyznania się tkwi do końca niewykorzeniony antysemityzm. Ten antysemityzm, który tyle razy potępiał Jan Paweł II, a o którym Leon Bloy napisał: "Antysemityzm to policzek najboleśniejszy, który został wymierzony Chrystusowi podczas Jego Męki; najboleśniejszy, bo wymierzony w twarz Jego Matki i to ręką chrześcijan".


Jedwabne może stać się zbawczą lekcją, jeśli będziemy pojętnymi uczniami. Arcybiskup Józef Życiński, zostawiając historykom odkrycie pełnej prawdy, stwierdził: "Zadaniem duchowieństwa jest wyprowadzenie moralnych wniosków z tamtej tragedii". Albowiem przed zbrodnią jest zawsze tolerowanie lub wręcz szerzenie uprzedzeń. Władysław Bartoszewski mówił niedawno w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie: "Dzisiaj musimy myśleć o tym, jak to straszne zło i zbrodnię obrócić na dobro, na wychowanie ludzi, w celu uprzytomnienia, jakie w różnych sytuacjach bywają drogi wyboru". Wspomniał Amerykanów odkrywających swe nadużycia wojenne w Wietnamie: "Rozrywali własne rany, aby pozostać zdrowym narodem". I zakończył: "Mojemu małemu krajowi życzę tej wielkości moralnej!". A w Karcie ekumenicznej z 22 kwietnia br. (o której pisał ks. W. Hryniewicz - "TP" 6/2001), przypomniawszy "więź szczególnej jedności naszej z ludem Izraela" i potępiwszy "wszelkie przejawy antysemityzmu, pogromy i prześladowania", Kościoły Europy zobowiązują się "do sprzeciwu wobec wszelkich form antysemityzmu i antyjudaizmu w Kościele i społeczeństwie" i "do szukania i intensyfikacji na wszystkich poziomach dialogu z naszymi siostrami i braćmi Żydami".