E-mail

English







Obsesja niewinności

Joanna Tokarska-Bakir

RES PUBLICA NOVA Esej roku 2001, grudzień 2001

Prawdziwy polski dyskurs o antysemityzmie zawiera listę tematów dyżurnych, specyficznie polskich "żywych obrazów".


Gdy w kontekście Holocaustu rozpoczyna się dyskusja o stosunkach polsko-żydowskich, ludzie gadają w kółko to samo. Na początku, kiedy historycy powtarzają swoje sakramentalne "za wcześnie", rozmowa trochę się nie klei. Za chwilę jednak osiąga ona gatunkową dojrzałość, przechodząc w to, co Stańczyk w Weselu nazywał "spowiedzią z cudzych grzechów".


Fragment nagrodzonego eseju

Tekst opublikowany w "Gazecie Wyborczej" z 13-14 stycznia 2001

Moja dziedzina, etnografia, nie zajmuje się faktami, tylko tym, co ludzie o faktach gadają. To, co ludzie o faktach gadają, jest "głupstwem" dla historyka, nic więc dziwnego, że wobec chimery pamięci zbiorowej historyk pozostaje najczęściej bezradny. Chwała Grossowi za to, że w swojej książce o Jedwabnem i w innych swoich pracach zajmuje się nie tylko faktami, ale też ową ludzką gadaniną o faktach.


Gdy w kontekście Holocaustu rozpoczyna się dyskusja o stosunkach polsko-żydowskich, ludzie gadają w kółko to samo. Na początku, kiedy historycy powtarzają swoje sakramentalne "za wcześnie", rozmowa trochę się nie klei. Za chwilę jednak osiąga ona gatunkową dojrzałość, przechodząc w to, co Stańczyk w Weselu nazywał "spowiedzią z cudzych grzechów". Przykładów takiej "spowiedzi z cudzych grzechów" dostarczają listy obficie spływające do redakcji paryskiej "Kultury", "Tygodnika Powszechnego" czy "Gazety Wyborczej" po publikacji tekstów ubliżających dogmatowi polskiej niewinności w stosunku do Żydów. Droga Redakcjo, czy takie listy nie przychodzą teraz do Ciebie?


Prawdziwy polski dyskurs o antysemityzmie zawiera listę tematów dyżurnych, specyficznie polskich "żywych obrazów". Hasło "Holocaust" automatycznie uruchamia ich projekcję. Myliłby się ten, kto spodziewałby się znaleźć tu jakieś okropności Zagłady. Projekcja rozpoczyna się od kilku starych klisz kościelnych, takich jak "Krew Jego na nas i na głowy synów naszych?" albo: "Módlmy się za Żydów wiarołomnych?". Długiemu trwaniu tych klisz doprawdy trudno się dziwić, skoro przypominano je rokrocznie w czasie wielkopiątkowego nabożeństwa. Dalej wyświetla się obrazek z przedwojennym Żydem-chałaciarzem, rozpierającym się w Ogrodzie Saskim koło fontanny, tak jakby zabierał się już do spełniania obietnicy: "Wasze będą ulice, nasze kamienice". Na kolejnym obrazku inni Żydzi-chałaciarze chlebem i solą witają najpierw Rosjan, potem Niemców, a następnie znowu Rosjan. Dalej przywleczeni przez Sowietów Żydzi-polakożercy obnoszą swój komunizm i żydowskość w powojennym UB. Następnie Żydzi, tym razem już ukryci pod polskimi nazwiskami, wysysają krew z Polski gomułkowskiej i gierkowskiej, a po roku 1989 z właściwą sobie chucpą zajmują najważniejsze stanowiska w mafiach finansowych.


Polska "spowiedź z cudzych grzechów" kończyć się musi pokutą, oczywiście także cudzą. Penitent zostaje zobowiązany do niewygadywania głupstw o rzekomym polskim antysemityzmie. "Sama Redakcja wie, ile polski antysemityzm przyniósł szkody sprawie polskiej za granicą. Czy rozdmuchując go sztucznie na nowo - ma zamiar szkodę tę naprawić?" -pytał korespondent "Kultury" Aleksander Grobicki w roku 1957. Pytanie to do dziś powraca w licznych głosach Polaków w kraju i na emigracji, by wspomnieć choćby ostatnie noworoczne orędzie prezesa amerykańskiego Kongresu Polonii Edwarda Moskala. Problem jednak w tym, że ów motywowany obroną polskiej opinii w oczach świata postulat milczenia o polskim antysemityzmie pojawia się nie tylko w wypowiedziach antysemitów.


Kwestii tej Jan Tomasz Gross poświęcił w dużej mierze esej zatytułowany "ťTen jest z ojczyzny mojej...Ť, ale go nie lubię" (w książce Upiorna dekada). Gross analizuje w nim kilka oddalonych od siebie historycznych okoliczności, w których analizę polskiego antysemityzmu ocenzurowano ze względu na taką czy inną "rację stanu". W roli cenzorów wystąpiło tu kilku wybitnych intelektualistów, których skądinąd trudno byłoby podejrzewać o antysemityzm.


Do refleksji Grossa można dodać jeszcze jeden ambiwalentny przykład. "Koledzy! - wołał dramatycznie Paweł Jasienica na walnym zebraniu Związku Literatów Polskich w roku 1968 - ktoś dla sobie wiadomych celów usiłuje ściągnąć na nasz naród piętno antysemitów (?). Nic nam dziś nie może przynieść większej szkody jak wytworzenie w opinii świata przekonania, że jesteśmy narodem antysemitów". "Na sali długo nie milkną oklaski i okrzyki" - czytamy dalej w protokole.


Sprawozdanie z zebrania ZLP cytuję za Konstantym Jeleńskim. Jeleński przypomina, że przemówienie to Jasienica rozpoczął od potępienia ulotki antysemickiej, krążącej w marcowej Warszawie. Mimo to (a może właśnie dlatego) decyduje się na następujący komentarz: "Wiem, że Jasienica antysemityzm potępia. Ale przykro mi, że zamiast zastanowić się poważnie nad źródłem zła, zakłada z góry: a) że antysemityzmu w Polsce nie ma, b) że chodzi o tajemniczy spisek, mający na celu ťskompromitowanie naroduŤ, c) że największym złem jest właśnie ťkompromitacjaŤ w oczach światowej opinii (nie może nim być antysemityzm - skoro go nie ma)".



Gdyby ironię Jeleńskiego przerobić tu - ze szkodą dla oryginału - na nazbyt dosłowną moralną retorykę, można by naiwnie zapytać, co jest w istocie gorsze - niewyznany grzech czy popsuta opinia. Wielu obrońców narodowej czci uparcie ignoruje ten dylemat. "Słuszny gniew" działa jak narkotyk.


"Psychoanaliza polskiego antysemityzmu"


Maria Janion sformułowała kiedyś tezę, że na polskie "przeklęte problemy" nie ma innego lekarstwa niż porządna psychoanaliza. Identyczną tezę w kontekście problemów polsko-żydowskich wysunął Konstanty Jeleński. Zauważył on, że ile razy w paryskiej "Kulturze" poruszano problem antysemityzmu, tyle razy do redakcji napływały listy z protestami w obronie czci Polaków. W roku 1957 "Kultura" rozesłała do czytelników kolejną ankietę na ten temat, której punkt pierwszy sformułowany był prowokacyjnie: "Psychoanaliza polskiego antysemityzmu". Odpowiedzi napłynęło niewiele. Te, które nadeszły, były jednak na tyle charakterystyczne, że skłoniły Jeleńskiego do konkluzji zawartej w pytaniu:


"Czyżby miał rację Rafał Malczewski, twierdząc, że polski antysemityzm jest zbiorową psychozą? Nie inaczej przejawiają się odruchy chorych w stosunku do psychozy indywidualnej - ucieczka od problemu, zapamiętała negacja samego faktu psychozy, samookrucieństwo z chwilą jej rozpoznania".


Kogo diagnoza Jeleńskiego-Malczewskiego przekonuje, w polskim dyskursie o antysemityzmie, prywatnym i publicznym, w tym także w dotychczasowej debacie o Jedwabnem, bez trudu rozpozna wszystkie elementy opisywanej choroby. Czym bowiem jak nie ucieczką od problemu i zaprzeczaniem jest uporczywy odruch przypisywania pogromów "mętom" (jaka jest proporcja mętów do niemętów w społeczeństwie, w obrębie którego na obszarze samej tylko Małopolski na listach AK odnotowanych było około 60 tysięcy szmalcowników - jak pisze w liście do "Gazety" Jacek Myczka?). Czym jest empatyczne domniemywanie krzywd, jakich musieli doznać od Żydów najaktywniejsi w pogromie bracia Laudańscy, wczuwanie się w atmosferę Jedwabnego ("niewielkiego, może oszalałego z bólu miasteczka", w którym przed wojną żaden "aryjski sklep nie mógł się [?] utrzymać"), a także spekulowanie, jak trudno było się przeciwstawić morderczym instynktom współobywateli, którzy właśnie postanowili wymordować sąsiadów?


Skoro jesteśmy już przy empatii, dlaczego nie mielibyśmy skierować jej raczej pod adresem jedwabińskich Żydów? (Robi to Gross, co Tomasz Szarota i Jacek Żakowski mają mu za złe.) Dlaczego tak słabo widać ich twarze? Dlaczego właściwie nie mielibyśmy usłyszeć, jak ludzie ci mówią swoim, jak go nazwał Jacek Żakowski, "językiem nieszczęścia"? Czy walcząc z tym językiem, nie bronimy przypadkiem naszego "prawa do odwracania wzroku"?


grudzień 2001 r.