E-mail

English







Stanislaw Krajewski

RELIGIA I TERROR

Święta wojna

Rzeczpospolita, Plus Minus, 19 01 02

PANICZNA UCIECZKA PO ZAMACHU W COLOMBO, STOLICY SRI LANKI 31 STYCZNIA 1996 ROKU
(C) REUTERS

Pokój z perspektywy każdej religii, w tym również islamu, jest wartością wielką i ważną. Równie oczywiste jest to, że religie bywają źródłem wojny. Wojny religijne należą do najcięższych, najdłuższych i najtrudniejszych do przerwania. Jest w tym paradoks, który najlepiej ilustruje wątek mesjański. Z jednej strony biblijna tradycja mesjańska szczególnie wysoko ceni pokój. Przyjście Mesjasza zwiastować ma erę pokoju przejawiającą się w braku wojny i braku nierozwiązywalnych konfliktów, erę pełni i doskonałości. Zgodnie z proroctwem Izajasza: 'nie podniesie naród na naród miecza'. Miecze zostaną przekute na lemiesze. Tą tradycją karmią się inne wersje nadziei mesjańskiej, także współczesne, np. beatlesowskie 'Imagine all the people sharing all the world'.
Z drugiej strony wiemy, że istnieje tradycja, że preludium do mesjańskiego odkupienia uniwersalnego są apokaliptyczne konwulsje. Wielka wojna, krwawy los grzeszników, rzezie i katastrofy - to obrazy, które niektóre proroctwa czasów ostatecznych stawiają obok wizji ostatecznego celu: pełni, doskonałości, pokoju. Jeśli zepsucie i grzech osiągną stadium tak ostateczne, że nie będzie nadziei na ludzką poprawę, wtedy pojawia się inne źródło wojny i katastrofy: sam Bóg. Wyciągnięte ramię Boga może uderzyć jak w Sodomę, jak w jeźdźców pogrążających się w Morzu Czerwonym.


Wystarczy poczuć się wyrazicielem tej boskiej kary, by pozbyć się zahamowań i uderzyć w symbole grzechu lub zepsucia - np. wieże WTC. Przy takim rozumieniu mesjanizmu, walczy się o sprawę świętą, przeciwnika postrzega się jako szatana.


Nic dziwnego, że pojawiają się głosy: im mniej religii, tym mniejsze niebezpieczeństwo terroryzmu. Te głosy zasługują na uwagę. Wskazują na groźbę zawartą w religiach. Nie sądzę jednak, by wskazywały jakiekolwiek rozwiązanie. Jest tak, z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze religia nie jest jedynym źródłem fanatyzmu i przemocy, a co więcej mamy doświadczenie, jak zachowują się walczący ateiści, którzy zechcieli usunąć podziały religijne i inne, a wprowadzić równość. Im bardziej ideowi byli owi rewolucjoniści, tym większy terror wprowadzali. Nie tylko komuniści są przykładem. Robespierre chciał wolności, równości, moralności i władzy rozumu. Wprowadził systematyczny terror jako 'emanację cnoty'.


Terror wprowadzany przez radykalnych wrogów religii nie jest wprawdzie dowodem, że eliminowanie religii musi do tego prowadzić, ale ignorowanie dotychczasowych doświadczeń byłoby błędem. Szczególnie, że - i to jest po drugie - religia poza podżeganiem do walki spełnia przecież inne funkcje: odpowiada na najgłębsze ludzkie potrzeby. Nie da się zastąpić czymś innym, chyba że jakąś quasi-religią.


Po trzecie, działania o charakterze terrorystycznym są typowe dla wszelkich działań wojennych. Wojna ma swoje prawa. Jeśli uda się zasiać terror, czyli przerazić wroga, to sukces jest w zasięgu ręki. A czy tylko religia prowadzi do wojen? Uczucia narodowe, dążenie do niepodległości, a także terytorium czy zasobów, duch rewolucyjny - mogą prowadzić do tego samego. Nie brakuje w naszej kulturze przykładów samobójczych aktów, które niszczą 'siłę żywą' wroga. Biblijny Samson siłą swoich mięśni zniszczył budynek, grzebiąc i siebie, i zgromadzonych tam ciemięzców. Ba - przecież to w Polsce symbolem stała się Reduta Ordona!


Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona:


Dusze gdzie? - nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.


On będzie patron szańców! - Bo dzieło zniszczenia


W dobrej sprawie jest święte jak dzieło tworzenia.


Czyż można lepiej wyrazić głębszy sens terroryzmu? Nie przypadkiem, mówiąc o dziele zniszczenia reduty, używa Mickiewicz określenia 'święte'. Chodzi o niepodległość, o walkę z tyranią, ale język jest religijny. Wojna - nawet świecka - odwołuje się do religijnego podglebia cywilizacji. Za świętą sprawę gotowi jesteśmy zabijać i ginąć. Kto z nas nie pochwaliłby był - choćby w głębi ducha - ataku na Hitlera czy Stalina, nawet gdyby przy okazji mieli zginąć niewinni? Giną niewinni? Jest wojna! A gdyby to miał być atak samobójczy? Sprawa by go usprawiedliwiła. Dobra sprawa. Święta.


Święta wojna - to kategoria, która istnieje nie tylko w islamie. (Zresztą formalnie takiego terminu nie ma nawet w islamie.) Obrona ojczyzny jest tak właśnie traktowana w całej Europie. Chodzi o obronę spraw najświętszych. Otóż obecni terroryści też walczą o to, co dla nich najświętsze.


Wkład Menachema Begina


Współczesny terroryzm wydaje się czymś nowym choćby przez swój publiczny charakter - dzieje się na oczach telewidzów całego świata. Terroryzm XX wieku (rozpoczęty jeszcze w wieku XIX) stał się świadomą strategią polityczną strony słabszej, działaniem nielegalnym z punktu widzenia rządzącej w danym miejscu władzy. Nie został wciąż dobrze opisany, bo jest zjawiskiem złożonym. Budzi nasze emocje. Czy zawsze takie same? Każdy powinien spróbować odpowiedzieć szczerze na pytanie: Czy każdy akt terroru oceniamy podobnie?


Mówiąc o obecnym terroryzmie, przywołujemy oczywiście przede wszystkim organizacje radykałów islamskich: al-Qaidę, Hamas, Hezbollah, Bractwa Muzułmańskie, organizacje w Algierii, w Kaszmirze, w Czeczenii, na Filipinach; również zaangażowanie niektórych rządów - od Libii po Irak. Nie są to jednak jedyne przykłady: można mówić o katolikach z IRA, z ETA w Kraju Basków, o protestanckich milicjach' w USA, o grupach kurdyjskich, ormiańskich, o lewackiej partyzantce. Wątpię, czy mamy takie same uczucia wobec każdej z tych sił, choć wszystkie czyniły rzeczy, które podpadają pod kategorię terroryzmu. Pozostawiając innym opis tych działań, chcę wspomnieć o dziedzictwie obecnym w mojej religii, a mianowicie o żydowskim wkładzie do obecnego terroryzmu. Jest niewątpliwe, że znaczący wkład do teorii działań terrorystycznych miał Menachem Begin. W drugiej połowie lat 40. jego celem było usunięcie Brytyjczyków z ziemi Izraela. Dlatego, napisał potem, 'przez wszystkie lata naszego powstania świadomie, niezmordowanie i nieprzerwanie atakowaliśmy prestiż brytyjskiego rządu'. Jego grupa, Ecel, była nieporównywalnie słabsza niż wojska angielskie. Musieli więc nękać je w sposób spektakularny. Hotel King David w Jerozolimie był siedzibą brytyjskich władz i sztabu. Zabijanie cywilów nie było celem Begina, ale wysadzenie tego hotelu, w lipcu 1946 r., choć poprzedzone ostrzeżeniami, przyniosło również śmierć cywilów - Brytyjczyków, Arabów, Żydów. Zgodnie z zamierzeniem akcje Begina zachwiały poczuciem pewności siebie władz brytyjskich.


Po latach Begin jako przywódca państwa zawarł pokój z Egiptem (a z jego polecenia obecny premier gen. Ariel Szaron siłą likwidował żydowskie osiedla na Synaju) i dostał pokojową Nagrodę Nobla. To wskazuje na złożoność ludzkich losów, a także na to, że nie należy odrzucać rozmów z Jasirem Arafatem tylko dlatego, że jest winny terroru.


Teorię bezwzględnego terroru w celu wypędzenia Arabów rozwinął rabin Meir Kahane. Podejmował też praktyki terrorystyczne, które zastopowały władze izraelskie. Celem miała być zarówno zmiana obrazu Żydów, dotychczas postrzeganych przez innych i samych siebie jako ofiary, jak i przyśpieszenie nadejścia do oczyszczonego Izraela króla Mesjasza. W 1994 udanego czynu terrorystycznego dokonał Baruch Goldstein, strzelając na oślep w meczecie. Rok później Igal Amir, powołując się na 'nakaz Boga', zastrzelił premiera Izraela Icchaka Rabina. Choć olbrzymia większość Żydów potępiła te akcje, nadal pojawiają się rabini wzywający do samobójczych operacji, podobnych do działań ugrupowań palestyńskich. Należy uznać, że potencjał terrorystyczny jest realny również w religii żydowskiej.


Mottem Begina była trawestacja Kartezjusza: "Walczymy, więc jesteśmy!". Czyż nie jest to hasło wszystkich partyzantów, bojowników wolności, terrorystów? Naglący problem, który stanął przed nami wszystkimi brzmi: Czy da się obiektywnie oddzielić jednych od drugich?


Hiroszima bin Ladena


Na ogół każdy uznaje prawo do obrony. W sposób naturalny rozciągamy to na obronę zbiorowości. Czy obrona może być terroryzmem? Pierwszy impuls: nie. Można więc wątpić, czy wyżej wspomniane przykłady są na temat, bo przywołują akcje obronne. Ordon broni Warszawy przed obcym wojskiem. Samson jest więźniem uderzającym w tych, którzy go zniewolili. Hitler i Stalin to tyrani i ciemiężyciele.


Obrona to istotna okoliczność. Ale czy różnica między obroną a atakiem jest jasna? Nie chodzi o to, że nie ma ostrej granicy. W życiu rzadko są ostre granice, tym niemniej bieguny różnią się wyraźnie. W przypadku terroryzmu chodzi o to, że nawet atak na Nowy Jork był zapewne postrzegany jako obrona przed Wielkim Szatanem. Bo w przekonaniu bojowników zazwyczaj chodzi o obronę. I to o obronę przed przeważającą siłą. Ostatecznie powstanie listopadowe było naruszeniem panującego porządku, i to - porządku usankcjonowanego porozumieniami międzynarodowymi! Nie da się więc zdefiniować terroryzmu jako działania podejmowanego w celach innych niż obronne.


Inne zastrzeżenie jest niemniej ważne. Czym innym jest atak na władców i żołnierzy, a czym innym jest "czysty" terroryzm - nakierowany na zabicie cywili, szczególnie gdy chodzi o zabicie jak największej liczby cywili. Tej różnicy nie należy relatywizować. Nawet jeżeli organizacje palestyńskie organizują zamachy zarówno na żołnierzy, jak i na młodzież w dyskotece, ich czyny należałoby w każdej z tych sytuacji określać różnymi słowy. Bo nie można zamazywać różnicy.


Pozostaje jednak faktem, że aktów zabijania na wielką skalę dokonywali ludzie, z którymi Zachód się utożsamia, a więc których nie jest łatwo nam potępiać. Wspomnijmy naloty dywanowe na Drezno czy zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę. Hiroszima jest symbolem jednej z największych tragedii i największego zagrożenia ludzkości. Nie można pominąć argumentu, że ta bomba przyniosła wcześniejszy koniec działań wojennych, a więc w sumie mniejszą liczbę ofiar. Jednak tak argumentując przyjmujemy, że czasem zabijanie masowe jest do przyjęcia. Terroryści bin Ladena sądzą zapewne, że ten moment miał miejsce 11 września 2001 roku.


Oczywiście ktoś może zaoponować, że w 1945 roku trwała wojna, a 11 września 2001 - nie. Jest więc widoczne, że kluczową sprawą jest rozpoznanie, kiedy jest już wojna, a kiedy jeszcze nie. Otóż uważam, że sprawa nie jest prosta. Mam wrażenie, iż terroryzm można by wręcz zdefiniować jako sytuację, gdy jedna strona uważa, że jest w stanie wojny i stosuje odpowiednie do tego środki, a druga uważa, że jest pokój i jest oburzona atakiem, który traktuje jako bandytyzm.


Taka sytuacja może być trwała tylko wtedy, gdy terroryzm odnosi ograniczone sukcesy. Jest wtedy zwalczany tak jak bandytyzm - policja ma złapać winnego i postawić przed sądem. W rozprawie sądowej mają udowodnić winę. Jednak udany atak, udany w sensie militarnym i symbolicznym, taki jak 11 września, wprowadza w stan wojny i tę drugą stronę. Wtedy zaczynają obowiązywać inne standardy. Wojenne.


Pacyfiści są nieodpowiedzialni?


Czym jest terroryzm? Czy da się stworzyć obiektywną definicję? Komentatorzy zauważają niepokojącą względność. Gdyby terroryzm miałby być faktem definiowanym moralnie, Kurdowie tureccy powinni być traktowani tak samo jak iraccy. A nie są. Inne przykłady to właśnie Begin i Gerry Adams z IRA, którego miliony traktują jak bohatera, a miliony innych - jak terrorystę. Warto w związku z tym zauważyć, że choć obecnie w łonie chrześcijaństwa nikt nie wypowiada wojny o dogmaty, wyznanie pozostaje kryterium podziału w tej wojnie. Podobnie - by nie wychodzić poza Europę - jest w Bośni. Panuje tam przekonanie, relacjonuje słowa sarajewskiego imama Konstanty Gebert, że opóźniona i niechętna reakcja Zachodu na masakry wynikła stąd, że niszczone były meczety i ludzie do nich uczęszczający - wierni, a nie kościoły i ich wierni. Podziały religijne są nadal ważnym czynnikiem w konfliktach. Nie jest dziwne, że George W. Bush użył zrazu słowa 'krucjata', bo taka jest tradycja języka, odruch zachodniej kultury. Nie jest dziwne, że bin Laden podchwycił to jako dowód na to, że wojnę prowadzi chrześcijaństwo.


LIBAŃSKA JEDNOSTKA ANTYTERRORYSTYCZNA UTWORZONA PO ZAMACHU NA WORLD TRADE CENTER

Timothy Garton Ash stwierdza, że oceniając działania typu terrorystycznego, trzeba rozważyć cztery elementy: życiorys, cele, metody, kontekst. Każda sytuacja jest inna. 'Nie istnieje żaden uniwersalny wzorzec oceny tego, co wyjdzie z ich połączenia.' Czyli nie ma uniwersalnego kryterium odróżniającego zły terroryzm od dobrej walki o wartości: wolność, suwerenność itd.


Możemy nad tym boleć, ale niestety nie widać wyjścia. Choć brzmi to jak podejrzany frazes, zazwyczaj terroryści są dla niektórych bojownikami wolności lub choćby mścicielami wolności. A ci, którzy popierają ataki, to nie jacyś źli antyludzie czy podludzie, ale ludzie jak my, gdzieś głęboko zranieni, upokorzeni, bezsilni. Obawiam się wszystkich, którzy mówią o walce ze 'złem', z 'szatanem' z 'wrogami rodzaju ludzkiego'. Jednak nie chcę przez to powiedzieć, że ci, którzy tak mówią, działają nietrafnie. Z całą pewnością terrorystom, którzy mają już, albo mogą niedługo mieć, dostęp do broni atomowej lub biologicznej, musi być wypowiedziana walka. I to walka skuteczna. A obawiam się, że skuteczna walka musi oznaczać wojnę. Tak jak mówi Bush, Blair i sojusznicy.


Obecna walka z terroryzmem w skali globalnej odbywa się w poetyce wojny. Obowiązują inne standardy niż w czasie pokoju: podejrzenie wystarczy do podjęcia akcji, można w walce zabijać, na czas walki przeciwnik ulega odczłowieczeniu. Pod tym względem zwalczający terroryzm upodobniają się do terrorystów. Jest w tym coś głęboko tragicznego. Jest smutne, że tak wielu nie dostrzega tego tragizmu. Jednak sama jego świadomość nie przynosi rozwiązań. Konsekwentny byłby integralny pacyfizm, ale na to może sobie pozwolić tylko ktoś nieodpowiedzialny, tzn. ktoś, kto nie odpowiada za niczyje bezpieczeństwo. Każda akcja siłowa jest działaniem na tej samej płaszczyźnie co terroryści. Niestety, nie widać innej możliwości. Zaniechanie jest również niemoralne. Czy jest inne wyjście niż akcja militarna? Nie stosujmy metod wojennych - mówią pacyfiści. To nas degraduje. Oznaczałoby to jednak odstąpienie od wszelkiej bezpośredniej reakcji.


Sen w bezprecedensowym dobrobycie


Antyamerykańskość, antyzachodniość - to integralna część współczesnej światowej społeczności globalnej, scalonej przez Zachód. Wedle znakomitego sformułowania Adama Krzemińskiego mamy teraz do czynienia ze 'światową wojną domową'.


Nie mamy natomiast żadnego światowego porządku. Według Zygmunta Baumana: 'Władza szybuje już w przestrzeni eksterytorialnej, a wszelkie instytucje demokratyczne, instytucje kontroli politycznej nad wykorzystaniem władzy są wciąż lokalne'. Stąd wynika trudność w uporaniu się z groźbą terroryzmu. Najlepiej by było, aby zwalczać go w ramach akcji policyjnej. Policja doprowadza bin Ladena i jemu podobnych do sądu, gdzie podlegają skazaniu. Tak piszą różni autorzy, niefrasobliwie mówiąc o trybunale międzynarodowym, to również postulują organizacje islamskie na Zachodzie. Jednak globalnego, międzynarodowego prawodawstwa nie ma. Nie ma też ogólnoświatowej policji. Wymagałaby ona ponadpaństwowego porządku politycznego, rządu akceptowanego przez wszystkich.


Jest to może potrzebne, a być może jest przyszłością ludzkości. Bauman mówi: "Zasady wzajemnego poszanowania, sprawiedliwości, zasady prawne i pryncypia, jakich musimy się w końcu dorobić, muszą być uniwersalne i do wszystkich odnosić się jednako". Zapewne tak, ale wszyscy musieliby to zaakceptować. Na razie tak nie jest, bo jak twierdzi Beniamin Barber, Zachód wyeksportował swoje produkty i dominację rynku, ale nie demokrację czy szacunek dla prawa, stąd zgubna asymetria globalnego systemu. Jak dojść do wspólnego stosunku do prawa i do wspólnych zasad prawnych? Siłą? Wtedy metoda może zniszczyć cel. Jeśli nie siłą, to jak? Cel, jakim jest osiągnięcie światowego porządku, wspólnego dla wszystkich prawa, a więc i wspólnej władzy, która to prawo egzekwuje, nie jest łatwo osiągalny. Póki co Amerykanie zmontowali wielką koalicję, która ma zasięg światowy, współpracując z większością państw islamskich i z Chinami, i Japonią, i Indiami. To sukces dyplomatyczny, ale ukazuje on hegemonię USA i arbitralność, która w sposób nieunikniony jest postrzegana jako kolejny dowód amerykańskiej arogancji.


Nie możemy się oszukiwać - wojna jest realnością. Jest częścią naszego życia - jak zawsze, jak w Biblii. Judaizm określa to jako stan świata przed przyjściem Mesjasza. Jest tak wszędzie, choć wielu z nas, uśpionym długotrwałym pokojem i bezprecedensowym dobrobytem na Zachodzie, wydawało się, że wojna to nie my, bo to albo przeszłość, albo - odbywa się gdzie indziej. Po 11 września chyba nikt nie ma wątpliwości: i nas to dotyczy. Trwa obecnie wojna, która może być pierwszą fazą nowej wojny światowej. Czym jest ta pierwsza wojna XXI wieku? Kto przeciw komu?


Nie wszyscy bronimy tego samego


Czego bronimy w tej wojnie z terroryzmem? Przywódcy USA i koalicji mówią, że jest to walka cywilizacji z terroryzmem. Niestety nie jest to trafne. Rzecz w tym, że, jak już stwierdziliśmy, nie ma kryterium odróżniającego zły terroryzm od dobrej walki o wolność. Skoro nie ma obiektywnej definicji terroryzmu, to należy powiedzieć, że nie da się ująć obecnego konfliktu jako walki cywilizacji w ogóle z terroryzmem w ogóle. Obecna koalicja pod przewodem USA zwalcza bin Ladena i tych terrorystów, którzy go popierają. On zaś i jego zwolennicy zwalczają tę cywilizację.


Mamy więc poczucie, że toczy się wojna w obronie naszej cywilizacji. Używając sformułowania Samuela Huntingtona, można rzec, że atak 11 września przywrócił poczucie tożsamości Zachodu. Nasza cywilizacja mimo jej wad, mimo pozostawionego przez nią rachunku krzywd, jest warta obrony.


Niektórzy wrażliwi moralnie ludzie mają wątpliwości. Czy przysłużymy się naszej cywilizacji, w której jest tyle zła, arogancji, dominacji? Wojna wzmacnia te cechy. Czy nie należy najpierw oczyścić się, pozbyć pychy i innych wad? Otóż odpowiedź jest prosta: nie jest tak, że bronić można jedynie cywilizacji doskonałej, gdy osiągnie się stan zupełnej czystości. Zarazem jest prawdą, że pozbycie się tej moralnej wrażliwości byłoby największą przegraną. Uzasadniona walka z terroryzmem nie powinna uśpić dążności do oczyszczenia, przezwyciężania pychy, do zrozumienia upokorzenia, na które naraża wiele osób zetknięcie z dominacją USA i szerzej - cywilizacji zachodniej.


Co więcej, wiele osób czuje, że choć nie da się uniknąć tego konfliktu i szerokiego sojuszu przeciw bin Ladenowi, to jednak prowadzi do dziwnych i nietrwałych układów. Zaczęła się nowa nie bardzo jeszcze zrozumiała epoka, więc np. chadecy i zieloni w Niemczech występują wspólnie. Jak długo? Wspólny wróg jednoczy tylko na czas zagrożenia. Wszędzie liberałom i ludziom o skłonnościach pacyfistycznych, którzy czują, że obecna wojna jest słuszna, trudno jest zaakceptować to, że stoją w jednym szeregu z radykalnymi prawicowcami, fundamentalistami religijnymi (choć nie islamskimi), rasistami, wielbicielami militaryzmu.


Popierając obecną koalicję antyterrorystyczną, pamiętajmy, że wojna jest moralnie niebezpieczna również wtedy, gdy jest sprawiedliwa. Przynosi śmierć, apoteozuje skuteczność. Nade wszystko chciałbym, by ta wojna nie oznaczała wojny przeciw islamowi. Jest dla mnie uspokajające, że przywódcy koalicji wydają się dobrze to rozumieć. Prezydent Bush, który na początku kryzysu mówił o 'krucjacie', z okazji ramadanu wydał kolację dla kilkudziesięciu ambasadorów krajów muzułmańskich. Ideałem by było, gdyby chodziło o wspólne z liberalnym islamem działanie przeciw fundamentalizmowi.


Wszyscy, którzy popierają wojnę z bin Ladenem, muszą się zdecydować, czego bronią. Od tego zależy ocena obecnych i przyszłych działań koalicji. Bodźcem dla wszystkich był obraz walących się wieżowców Manhattanu, ale cele nie są takie same. Zapewne jedni bronią głównie spokoju, inni chrześcijaństwa, jeszcze inni wolnego rynku. Niektórzy chcą zwalczać islam, a w każdym razie agresywny islam. Wszyscy wspólnie popierają naloty dywanowe i wymachują amerykańskimi flagami.


Rozsądne wspólnoty wiernych


Każdy musi się zdecydować, co właściwie jest godne obrony przy użyciu środków tak drastycznych. Mnie najwłaściwsze wydaje się przyjęcie, że bronimy właśnie tego, przeciw czemu występują ci terroryści, których obecnie zwalczamy - mówimy więc teraz o islamskich ekstremistach z Al Kaidy, i ich zwolennikach. Definiują się oni jako wrogowie Zachodu i chrześcijaństwa, przeciwnicy liberalizmu, demokracji i wolności obywatelskich. Wszystkie te elementy składają się na naszą cywilizację. Oczywiście nie tylko te. Na przykład swój wkład ma judaizm, a także przecież - islam. Wymienione elementy wydają się wszakże najważniejsze. Nie można ich zredukować, pozostawiając np. samo tylko chrześcijaństwo, albo samą sferę polityczną - demokrację i swobody obywatelskie. Wydaje się, że bin Laden zwalczałby chrześcijaństwo, gdyby było jak dawniej intelektualnym integryzmem lub autorytarną strukturą społeczną, bo nie byłoby islamem. Przywódcy al-Quaidy nie kryją, że ich dalekosiężnym celem jest skłonienie wszystkich do przyjęcia islamu. Pluralizm religii nie mieści się w ich wizji. Zwalczają też liberalizm i demokrację, nawet gdy są obecne w społeczeństwach islamskich - na przykład w Turcji.


Połączenie demokracji i praw człowieka z glebą chrześcijańską i prawami dla innych religii stanowi o cywilizacji zachodniej, którą znamy, której częścią wszyscy jesteśmy. Zachodnia cywilizacja jest związana z rozwojem liberalnej wizji religii, tzn. przede wszystkim religii chrześcijańskiej (czy może raczej - chrześcijańskich). Najtrafniej wyraził to ostatnio Jźrgen Habermas: myślenie religijne daje niezbędną korektę myślenia świeckiego, potrzebne więc jest: 'Oświecenie uszlachetnione o religijny język', gdyż bez Oświecenia 'nie ma Zachodu, tak samo jak nie ma go bez religijnych korzeni'.


Obecność religii w społeczeństwie współczesnym wymaga z jednej strony prawdziwego respektu dla religii, a z drugiej - poszanowania zasad demokracji i tolerancji. Takie połączenie wymaga od religii zmian, które obecnie akceptuje większość wyznawców i liderów obecnego chrześcijaństwa oraz judaizmu, a tylko mniejszość w ramach islamu. Habermas kapitalnie ujmuje istotę tych zmian:


"Z punktu widzenia państwa liberalnego wspólnoty religijne są 'rozsądne', gdy z własnego przekonania rezygnują z forsowania własnych prawd wiary przemocą i gdy odnajdują się w społeczeństwie pluralistycznym. By to było możliwe, świadomość religijna musi poddać się trzem 'refleksyjnym pchnięciom': po pierwsze, musi poznawczo sprostać spotkaniu z innymi wyznaniami i religiami, a więc wykazać się zdolnością ekumeniczną; po drugie, musi nastawić się na autorytet nauki, która ma 'społeczny monopol na wiedzę o świecie'; po trzecie, musi zaakceptować zasady państwa konstytucyjnego' (tłum. Adama Krzemińskiego).


To przeciw takim przemianom religii protestują fundamentaliści. To tego boi się bin Laden. Wśród przeciwników są również fundamentaliści żydowscy, szczególnie w Izraelu.


Choć wojnę z bin Ladenem popierają również fundamentaliści chrześcijańscy oraz żydowscy, to jeśli skorzystać ze wskazówki Habermasa, powinniśmy rozumieć aktualny konflikt jako walkę o odpowiednie relacje miedzy religią a państwem. Ludzie potrzebują nadziei, której dostarczyć może tylko religia, w tym - nadziei mesjańskiej, potrzebują też środowiska, w którym religie mogą się rozwijać w sposób równoprawny. Nie jest to łatwy cel, bo w każdym kraju dominuje jedna kultura i na przykład głównym, usankcjonowanym przez państwo, dniem wolnym od pracy jest albo niedziela, albo sobota, albo piątek. Jednak od kilku pokoleń na Zachodzie trwają poszukiwania form pluralistycznego ładu społecznego; te poszukiwania obejmują większość chrześcijaństwa, są podstawowym punktem odniesienia dla większości Żydów, mają wpływ na część wyznawców islamu. To od nas będzie zależało, czy 'światowa wojna domowa'toczy się o to, by nie zostały te poszukiwania zahamowane.


Stanisław Krajewski

Autor pracuje w Instytucie Filozofii UW, jest też współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.