E-mail

English







Życie w słoiku trwa dziesięć minut

MARCIN FABJAŃSKI *

Gazeta Wyborcza nr 116 z dnia 2001/05/19, dział ŚWIĄTECZNA str.20

 

Przedstawieniem o kobiecie ratującej dzieci z getta wygrały olimpiadę historyczną w stanie Kansas. W środę przylecą do Warszawy spotkać się ze swoją bohaterką


- Chcemy zrobić przedstawienie o tej Polce.


Był wrzesień 1999 r. Megan Stewart miała wówczas 13 lat, Elizabeth Cambers - 14. Z kopią artykułu z U.S. News & World Report poszły do swego nauczyciela historii Normana Conarda. - To będzie nasz projekt na olimpiadę historyczną - powiedziały.


- Przyniosły mi artykuł napisany w 1994 r., po filmie Spielberga; dotyczył ludzi, którzy masowo ratowali Żydów, ale nie stali się tak sławni jak Schindler - opowiada Norman Conard, nauczyciel wiejskiej szkoły w liczącym 300 mieszkańców Uniontown, 150 km od Kansas City. - Była wśród nich Irena Sendlerowa, która pomogła wyprowadzić z warszawskiego getta 2500 żydowskich dzieci i oddała je chrześcijańskim rodzinom. Ich prawdziwe i nowe nazwiska zakopała w słoikach w ogrodzie, żeby po wojnie mogły wrócić do rodziców. Nie uwierzyłem w tę liczbę. Powiedziałem: ?Chcecie nad tym pracować - zgoda, ale sprawdźcie najpierw, czy te dwa i pół tysiąca to prawda?..


Sprawdziły. Zajęło im to pół roku. Jeździły do biblioteki w Kansas City. Przeczytały kilkadziesiąt książek, mikrofilmów i artykułów, w tym specjalistyczne rozprawy o judaizmie i tyfusie.


- To wszystko nie było nawet na ocenę - Norman Conard sam się dziwi pilności swoich uczennic.


Dotarły do aktu kapitulacji Trzeciej Rzeszy i raportu o żydowskim złocie zrabowanym przez Niemców. Rozmawiały kilka godzin przez telefon z amerykańskimi weteranami II wojny światowej. Oglądały filmy dokumentalne (do Uniontown musiały sprowadzić je pocztą).


W końcu przyszły do nauczyciela z plikiem materiałów. Wynikało z nich, że Referat Dziecięcy w Radzie Pomocy Żydom Żegota , którym kierowała Irena Sendlerowa (pseudonim ?Jolanta?), uratował z warszawskiego getta 2500 żydowskich dzieci.


- Opowieść o tej kruchej kobiecie ma wielką siłę. To dlatego wszyscy pomagali moim uczennicom w badaniach - uważa Norman Conard.


Megan, Elizabeth i dwie koleżanki, które do nich dołączyły (17-letnia dziś Sabrina Coons i 15-letnia Janice Underwood), chciały odszukać grób Ireny Sendlerowej. W marcu 2000 r. zadzwoniły do Nowego Jorku, do Fundacji Sprawiedliwych (fundacja zbiera informacje i pomaga finansowo ludziom ratującym Żydów w czasie Holocaustu). Telefon odebrał jakiś mężczyzna.


- Irena Sendlerowa mieszka w Warszawie, ma 90 lat - powiedział. - Chcecie jej adres?


Ornitolog tłumaczy listy
21 października 2000 r. Warszawa, małe mieszkanie przy placu na Rozdrożu. Irena Sendlerowa dyktuje przyjaciółce list do Uniontown.


Moje Drogie i Kochane Dziewczęta, bardzo bliskie mojemu sercu! - każdy list do nich zaczyna tak samo. - Trudno mi o tym mówić - ale chciałabym być z Wami szczera aż do bólu - jestem pewna, że przy Waszej wrażliwości na pewno to zrozumiecie. W zeszłym roku przeżyłam wielką tragedię - śmierć Mojego Syna, a to jest dla matki największe nieszczęście, jakie może ją spotkać.


Mówi się, że z biegiem czasu rany się zabliźniają. Ale jest inaczej - ból się nasila i tak będzie już do końca.


Uniontown. Dwa tygodnie później. Cztery uczennice pochylają się nad kartką papieru zapisaną po polsku. To trzeci list od Ireny Sendlerowej.


Moja maszyna się zepsuła i muszę kończyć odręcznie. O swoim nieszczęściu nie pisałam, bo znając Wasze czułe serca i wrażliwość nie chciałam Was martwić. Teraz byłam zmuszona przesłać Wam wiadomość o swojej tragedii, abyście zrozumiały mój stan psychiczny, codziennie się pogarszający, i nie miały do mnie żalu, bo (...) rozpamiętywanie tych przeżyć pogarsza mój stan. Wybaczcie, moje Drogie, Kochane Dzieci (...).


Obok leży angielski przekład. Kilka tygodni zajęło im znalezienie tłumacza. W okolicy nie ma Polaków. Mieszkają tylko biali anglojęzyczni protestanci. Wierzą w Biblię i surowe wychowanie. Nie lubią rozwiązłości i Żydów.


Listy tłumaczył Krzysztof Zyskowski, polski ornitolog z uniwersytetu w Kansas City.


Pierwszy list "Jolanty" przyszedł w sierpniu. Dziewczynki czekały na niego pięć miesięcy. Drugi otrzymały we wrześniu. Na górze data: sierpień/wrzesień 2000 ? "Jolanta" pisała go dwa miesiące.


- Pewnego dnia dyrektor szkoły wezwał mnie do gabinetu - opowiada Norman Conard. - Położył przede mną rachunek telefoniczny i zapytał, kto z mojej klasy przez 72 minuty rozmawiał z Kansas City. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że tyle trwało telefoniczne tłumaczenie jednego z listów Ireny Sendlerowej.


Przecież Schindler był mężczyzną
Nie wiedziały, która z nich powinna zagrać Irenę Sendlerową. Ciemnowłosa Megan była podobna do Ireny ze zdjęcia z lat 40. Ale nie czuła się dobrze w tej roli. Zagrała więc przyjaciółkę Ireny - Marię - i gestapowca z Pawiaka, który daje się przekupić i wypuszcza "Jolanta" (którą w końcu zagrała też ciemnowłosa, wysoka i szczupła Elizabeth).


Po raz pierwszy z przedstawieniem Holocaust i Życie w słoiku wystąpiły na lekcji historii w lutym ubiegłego roku. Koledzy mieli mnóstwo uwag. - Powiedzieli mi, że muszę pokazać więcej emocji. Nie czuli, że naprawdę chcę ratować te dzieci - opowiada Elizabeth.


Potem wystawiły sztukę w kościele Zgromadzenia Boga, parafii protestanckiej Megan, 10 km od Uniontown.


Kiedy skończyły, podszedł do nich jakiś mężczyzna: - Coś wam się pomyliło. Przecież Schindler był mężczyzną. Widziałem o nim film Spielberga.


Ale inni płakali. - Pokazały tę sztukę tuż przed środowym nabożeństwem - wspomina pastor Dean Myers. - To było dla nas błogosławieństwem. Zobaczyliśmy, ile człowiek może ryzykować dla innych.


Występowały jeszcze w wielu szkołach i domach starców w stanach Kansas i Missouri.


W Kansas City w szkole Westridge zagrały sztukę dla trzech grup (każda po sto osób). Na jedno z przedstawień przyszedł nauczyciel historii John Shuchart, Żyd.


- John był naprawdę poruszony - opowiada Norman Conard. - Na wsi w środkowej Ameryce jest bardzo dużo uprzedzeń. I antysemityzm. Otwarcie nikt go nie okazuje, ale to tkwi mocno w umysłach. Uczennica, która poprzednio grała w sztuce matkę oddającą dzieci ?Jolancie?, odeszła. Jej rodzice nie chcieli, żeby grała Żydówkę. Historia Ireny Sendler to najlepsza odpowiedź na antysemityzm.


Po przedstawieniu John Shuchart zaprosił dziewczęta do restauracji: - Chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście są poruszone tą historią.


Po kilku minutach wiedział, że przedstawienie zmieniło ich życie. - Czy macie jakieś marzenie? - zapytał.


- Chciałybyśmy się spotkać z Ireną Sendlerową - powiedziała Megan.


- Spotkacie ją - obiecał.


Dwa dni później do szkoły w Uniontown wysłał czek na sześć i pół tysiąca dolarów na wyjazd do Polski. Pieniądze dali jego żydowscy znajomi.


John Shuchart postawił dwa warunki: uściskają od niego Irenę Sendlerową i po powrocie opowiedzą mu o wszystkim, co się zdarzy w Warszawie.


Będę woził złego psa
Z listu Ireny Sendlerowej do uczennic w Uniontown (14 września 2000 r.):


Wyprowadzałyśmy dzieci ja i moje łączniczki czterema drogami.


Sposób pierwszy: samochód ciężarowy jeździł do getta z rozmaitymi środkami czystości. Szoferem był pan Antoni Dąbrowski, też razem ze mną pracujący w konspiracji. W uprzednio umówionym miejscu w getcie zabierał dziecko oraz mnie lub jedną z moich łączniczek. Dziecko trzeba było bardzo dobrze ukryć w tym samochodzie, w jakimś dużym pudle po środkach czystości lub - niestety - w worku. To nieszczęsne dziecko, odebrane często siłą od Rodziców, Dziadków, było tak przerażone, że rozpaczliwie krzyczało. Nikt nigdy nie opisał, co wtedy się działo w serduszku takiego dziecka: przecież trzeba było przejechać przez bramę, chronioną zawsze przez straż niemiecką, która w każdej chwili mogła to usłyszeć. I kiedyś pan Dąbrowski odezwał się do mnie: - "Jolanta", nie będę dalej prowadzić z wami tej niebezpiecznej akcji, bo kiedyś straż usłyszy te krzyki i Niemcy nas wszystkich rozstrzelają.


Prosiłam go usilnie, aby coś wymyślił i nie odmawiał dalszej współpracy. Po kilku dniach z miną ogromnie zadowoloną oświadczył: - Wymyśliłem coś dobrego. Będę zabierał do samochodu bardzo złego psa. Przy wjeździe do bramy mocno nadepnę psu na łapy, a wtedy wycie psa zagłuszy krzyk dziecka.


Pośpiesz się, Icek
25 kwietnia 2001 r. Synagoga B?nai Jehudah na przedmieściach Kansas City. Przyszło 250 osób.


Do mikrofonu podchodzi John Shuchart: - Ilu ludzi uratował Oskar Schindler? Tysiąc. Irena Sendlerowa uratowała dwa i pół tysiąca. A widzieliście kiedyś film o niej? - pyta.


Porównanie zadziałało. Widzowie, głównie uczniowie, ucichli. Na małej scenie skromna dekoracja - metalowa brama z napisem ?Warsaw Ghetto? (zrobili ją na zajęciach z rolnictwa uczniowie z Uniontown). Wchodzą cztery dziewczyny. ?Życie w słoiku trwa dziesięć minut? (takie są wymogi olimpiady historycznej), wyćwiczone ze stoperem na sali gimnastycznej.


Irena Sendlerowa (Elizabeth Cambers) w płaszczu, z chustką na głowie idzie ratować dzieci. - Zginiesz - mówi jej przyjaciółka Maria (Megan Steward) i próbuje ją powstrzymać.


Getto. Irena przekonuje panią Rosner (Janice Underwood), żeby oddała jej dzieci. Ta się nie zgadza. Jest bardzo nerwowa. Strofuje swoje dzieci: - Pośpiesz się, Icek, szybciej, Haniu! Nie patrzcie na nich! Nie patrzcie na niemieckich żołnierzy!


Irena obiecuje, że jeszcze wróci.


Za drugim razem matka się zgadza, oddaje dzieci. Tego dnia widziała, jak gestapowiec zabił kobietę na ulicy.


Pani Rosner: - Przestrzelił jej gardło. Nie była ani wolniejsza, ani szybsza, ani grubsza, ani chudsza niż inni. Nie rozumiem, dlaczego ją właśnie zastrzelił.


Irena pisze nazwisko dziecka na kartce i wkłada do słoika. Słoik zakopuje.


"Jolanta" aresztuje gestapo. Wykupuje ją towarzysz z podziemia.


Narrator (Sabrina Coons) mówi na koniec: - W roku 1956 Irena Sendler została Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. W Jerozolimie posadzono drzewko ku jej czci. W 1991 roku została honorową obywatelką Izraela.


Oklaski trwają kilka minut.


Terry Goldberg, nauczycielka z Kansas City, ociera łzy: - Latem byłam w Izraelu w Yad Vashem. Widziałam tam drzewko posadzone przez Irenę Sendlerową. Nie miałam pojęcia, jaka historia się za nim kryje. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, czym ryzykowali Polacy, ratując Żydów.


Najbardziej zachwycony jest rabin Joshua Tanb: - Te dziewczyny miały odwagę przyjść do żydowskiego domu modlitwy i opowiedzieć Żydom fragment ich własnej historii. Gdybym ja ją opowiedział, nikogo by to nie poruszyło. Powiedzieliby: rabin znowu opowiada o Holocauście, bo musi. A one pokazały, że cześć naszej historii jest ważna nie tylko dla Żydów.


Po przedstawieniu rabin Tanb długo ściskał nauczyciela Conarda.


Tramwajem na aryjską stronę
Drugim sposobem wyprowadzania dzieci była zajezdnia tramwajowa na terenie getta.


Mąż jednej z moich łączniczek był tramwajarzem. Tego dnia, kiedy On miał dyżur, my przyprowadzałyśmy do niego dziecko. On w pustym tramwaju umieszczał tę dziecinę i dowoził w umówione miejsce po tzw. stronie aryjskiej. Tam już czekałam ja lub moja łączniczka. Zawsze trzeba było zawieźć dziecko do jednego z czterech ?punktów opiekuńczych?, które były zorganizowane u najbardziej zacnych, odważnych naszych współpracowników. W takim ?punkcie? dziecko było otoczone najczulszą opieką, aby choć w minimalnym stopniu złagodzić jego tragedię po rozstaniu z najbliższymi.


Sposób trzeci: niektóre domy w getcie graniczyły piwnicami z domami zamieszkanymi przez Polaków. Dalszy ciąg postępowania był taki sam.


Nie róbcie ze mnie bohaterki
Na biurku Normana Conarda stoi słoik. Na nim napis: ?Irena Sendlerowa?. W środku kilka zmiętych banknotów i kilkanaście monet. Uczniowie zbierają je dla ?Jolanty?.


Do jednego z listów dziewczynki włożyły trzy dolary, na znaczki. W odpowiedzi dostały pokwitowanie z domu dziecka, któremu pani Irena przekazała pieniądze.


Ornitolog z Kansas City przetłumaczył: ?Więcej nie przysyłajcie mi pieniędzy, mam emeryturę. Na korespondencję z bliskimi osobami zawsze się znajdą?.


?Jolanta? w jednym z listów napisała, że mogą ją pytać o wszystko. Więc pytają.


Czy ma kontakt z uratowanymi dziećmi? Czy ktoś zrobił o niej film? Albo napisał książkę? Do pytań dołączają kolorowe kartki z pozdrowieniami. Raz włożyły do paczki koszulkę z napisem ?Irena Sendlerowa? i ich nazwiskami.


Zawsze dostają odpowiedzi: filmu i książki nie było, w Polsce mieszka niewielu uratowanych przez "Żegotę", rozszyfrowaną kartotekę ocalonych przekazała Adolfowi Bermanowi, po wojnie przewodniczącemu Centralnego Komitetu Żydów w Polsce.


Wiele razy chwaliła dziewczynki.


Wasze wrażliwe serca podświadomie przeczuwały, że to, co mówi się w Waszym kraju o Holocauście - jest niedostatecznie zrozumiałe. Postanowiłyście szukać prawdy. I jakiś nikły, maleńki ślad zaprowadził Was do mnie.


Raz dostały pouczenie: Proszę też gorąco, abyście nigdy nie robiły ze mnie żadnej bohaterki, bo to by mnie ogromnie zdenerwowało.


- Kiedy dostałam od nich pierwszy list, byłam oszołomiona. Mam nieciekawe, smutne życie, od 12 lat poruszam się na wózku inwalidzkim - mówi ?Jolanta?. - A tu nagle dowiaduję się, że uczennice w Ameryce napisały o mnie sztukę. Teraz mam je na dodatek spotkać. Trochę się boję wzruszenia, mam nadciśnienie.


Do leśnej partyzantki
Czwarta droga: gmach sądu przy ul. Leszno znajdował się na terenie getta. Wejścia były zamkniętę. Wchodziło się do tego gmachu od tyłu, czyli od tzw. strony aryjskiej (z wielkim bólem używam tych słów). I znowuż, drogą konspiracyjną umożliwiano nam kontakt z dwoma woźnymi w sądzie. Ci zacni i nad wyraz odważni ludzie na umówiony znak otwierali nam drzwi po stronie getta. Tędy z dzieckiem się wchodziło - a wychodziło pod opieką tego zaufanego woźnego na stronę polską.


Wszystkie te "drogi wychodzenia" dotyczyły małych dzieci (było też i kilka niemowląt). Dla starszych, 12-, 13-letnich i młodzieży 14-18 lat były zupełnie inne sposoby.


W porozumieniu z policją żydowską (która w przerażającej większości zapisała źle swoje postępowanie w stosunku do swoich rodaków) Niemcy organizowali z dobrych fachowców oraz młodzieży specjalne ekipy, które pod ścisłą kontrolą wychodziły codziennie rano z getta do różnych warsztatów pracy. Musieli wracać po 10-12 godzinach ogromnie wyczerpującej pracy. Gmina żydowska wyznaczała każdego dnia jednego kierownika tej grupy, który był odpowiedzialny zarówno za ich pracę, jak i powrót. Całą tę grupę liczono i taka sama liczba osób musiała wrócić po pracy. Udało nam się czasem znaleźć takiego pracownika gminy żydowskiej, który chciał opuścić getto. Wtedy do jego grupy dołączaliśmy kilku naszych podopiecznych chłopców i dziewcząt. Cała grupa miała po "stronie aryjskiej" punkt zbiorczy przy ulicy Grójeckiej. Któraś z nas zgłaszała się na ów punkt i zabierała naszych podopiecznych do jednego z mieszkań towarzyszy z ?Żegoty?. Po dwu-, trzydniowym tam pobycie członkowie Armii Ludowej zabierali tę młodzież do leśnej partyzantki.


Coś złego "Życie w słoiku" nagrał kanał siódmy ogólnokrajowej telewizji. Dziennikarze zaczęli przyjeżdżać do Uniontown.


Dziewczynki na zaproszenie Fundacji Sprawiedliwych pojechały ze sztuką do Nowego Jorku.


- To było 50. piętro. Z widokiem na Central Park - oczy Megan błyszczą na wspomnienie.


Wygrały stanową olimpiadę historyczną w Kansas i zakwalifikowały się do Waszyngtonu. Do ostatniego etapu, gdzie trafiają trzy zespoły z kilkuset zakwalifikowanych, nie dotarły.


- Wszystko przez jakiegoś dziennikarza. Podsuwał mikrofon pod nos członkom komisji i pytał, co o nas sądzą. To ich zdenerwowało - uważa Megan.


Po finale olimpiady w Waszyngtonie o przedstawieniu dowiedzieli się widzowie ogólnokrajowej sieci C-Span i Radia Publicznego. Dziewczynki dostały dwa maile od amerykańskich dziennikarek, które chcą napisać książkę o Irenie Sendlerowej. Przylgnęła do nich nazwa ?kwartet Sendlerowej?.


- Pewnie nie będziemy już wystawiać Życia w słoiku . To nie znaczy, że nasza przyjaźń się rozpadnie. Historia Ireny związała nas na całe życie - mówi Sabrina Coons, wysoka, krótko obcięta blondynka. W tym roku kończy szkołę w Uniontown. Jedzie na studia do Fort Scott. Będzie studiować pedagogikę. To samo chcą w przyszłości zrobić Megan i Elizabeth.


Sabrina: - Przy okazji tego projektu zbadałam swoje korzenie. Okazało się, że moja prababcia też była w getcie warszawskim! Uratował ją narzeczony, który był żydowskim policjantem. Później wyjechała do Ameryki.


Megan Stewart: - Pod koniec listopada, w drugim miesiącu prób, zapytałam mamę, co by czuła, gdyby musiała mnie oddać i nie byłaby pewna, czy nie straci mnie na zawsze. Rozpłakała się. Powiedziała, że właśnie nie jest tego pewna. Tego ranka dowiedziała się, że ma raka. Od tej pory rozmawiałam z nią o sztuce codziennie. Łatwiej było mi grać. W Shawnee Mission w Kansas City ze sceny widziałam, jak mama płacze. Sama zaczęłam płakać.


Debra, mama Megan, razem z mężem prowadzi farmę: - Córka widziała, jak przechodzę chemioterapię. Siedziała godzinami w szpitalu. Ta sztuka nas zbliżyła. Megan nauczyła się, jak cenni są ludzie. Gdy byłam w szpitalu, musiała prać, gotować, sprzątać. Historia Ireny dała jej siłę.


Nauczyciel Norman Conard: - Megan przed sztuką i po sztuce to zupełnie dwie inne osoby. Jeszcze rok temu zastanawiałem się, dlaczego interesuje ją ten projekt. Teraz jest przywódcą grupy. Dojrzała niewiarygodnie szybko.


Elizabeth Cambers: - Przedtem nie miałam pojęcia o Holocauście. Wiedziałam, że stało się coś naprawdę złego. Chciałam dowiedzieć się, dlaczego. Ja bym nigdy nie zdobyła się na to, co zrobiła Irena. Nie mogę jej porównać z jakąkolwiek inną postacią znaną z historii.


Norman Conard: - Matka Elizabeth jest narkomanką. Ojciec też.


Debbie, babcia Elizabeth: - Kiedy wnuczka miała pięć lat, matka zostawiła ją w Kansas City. Elizabeth pojawiła się w naszych drzwiach bez wyjaśnień. Nie wiemy nawet, jak nas znalazła. Była znerwicowana. Nie słuchała nas. Robiła na złość. A teraz jedziemy z nią do Polski, żeby spotkać Irenę. Nigdy nie byłam za granicą, ale muszę wspierać Elizabeth.


- Przyłączyłam się do grupy ostatnia - mówi Janice Underwood. - A już w następnym liście Irena Sendlerowa napisała, że wita mnie jako nowego członka grupy i że kocha mnie tak samo jak pozostałe dziewczyny. Teraz jest moją bohaterką. Ta sztuka nauczyła mnie, jak mówić do dużej grupy ludzi. Zawsze byłam nieśmiała. W przyszłości chciałabym zostać psychiatrą.


Diane, mama Janice, nauczycielka: - Miały próbę w moim domu. Pytały, czy mają coś zmienić. Co miałam powiedzieć? Nie wiem jednej dziesiątej tego co one o Holocauście. Ze szkoły pamiętam mgliście, że to coś tragicznego. Cieszę się, że Janice jedzie do Polski. To dla niej niezwykła okazja. Ma je nawet przyjąć amerykański ambasador w Polsce. Najciężej będzie w Auschwitz. Właśnie dostała paszport. Ja nie mam paszportu, nigdy nie byłam za granicą.


* Marcin Fabjański jest dziennikarzem nowojorskiego 'Nowego Dziennika', największej polskiej gazety w USA, i stałym współpracownikiem'Gazety Wyborczej'. Reportaż o 'kwartecie Sendlerowej' opublikował 'Nowy Dziennik, 5-6 maja


Magdalena Grochowska - Lista Sendlerowej (ciąg dalszy)