E-mail

English






ZEGAREK

Gazeta Polska

27 grudnia 2003

Henryk Sławik, przedstawiciel rządu polskiego na uchodźstwie, tak jak szwedzki dyplomata Raoul Wallenberg, uratował w Budapeszcie tysiące Żydów

"Czerwony ołówek", najnowsza książka Elżbiety Isakiewicz ukazująca się właśnie w księgarniach, to opowieść o tym nieznanym bohaterskim Polaku i o tej nieznanej pasjonującej historii.

Prezentujemy dziś jej fragment: jest wiosna 1944. Na Węgry właśnie wkroczyli Niemcy. Dokonują masowych aresztowań. Sławik i jego rodzina są pierwsi na liście. Krysia, czternastoletnia córka Sławika, nie wie, co począć po tym, jak gestapo aresztowało jej matkę. Sławik zdołał się ukryć. Dziecko chroni się na plebanii u księdza Béli Vargi, przyjaciela Polaków.

- Pij - ksiądz Béla Varga podtyka Krysi pod nos parujący kubek. Ona nie chce mleka, ale łyka posłusznie.

- Dobre dziecko - mówi tym samym tonem, jakim pochwalił ją, że uciekła, choć na plebanii nie jest bezpiecznie. Przedtem ukrywał się tu syn premiera Mikołajczyka, Marian. Sam Varga uniknął do tej pory aresztowania, bo się schował. Zna tu każdy kąt, każdego mieszkańca - pomogli.

- Dobrze spałaś?

Krysia kiwa głową.

Ksiądz Béla Varga przemierza izbę w tę i z powrotem. Wyprostowany, może dotknąć ręką sufitu. Parafianie mówili, że kiedyś dach spadnie mu na głowę, że się nie godzi, żeby proboszcz mieszkał w takiej ruderze. Klepisko zamiast podłogi, dziury w ścianach. Wybudowali mu nową plebanię, elegancką. Ale wtedy przyszli Polacy i oddał im świeżutką plebanię na potrzeby gimnazjum. Wrócił do rudery i nie narzekał. Dziury w ścianach zalepił. Na klepisko położył parę desek. Dla niego, książek, a czasem jakiegoś uciekiniera, miejsca starczyło.

Ale teraz ksiądz Varga przemierza izbę, dwa kroki do przodu, dwa kroki do tyłu, prosząc Matkę Boską o wskazówkę, co on ma z Krysią, córką Henryka Sławika, zrobić. Niemcy depczą mu po piętach, plebania jako kryjówka spalona, a dziecko to przecież nie dorosły - samo sobie rady nie da.

Może jednak internat? - zastanawia się po kolejnym Zdrowaś, Mario. W internacie nie ma już wielu uczniów. Następnego dnia po wkroczeniu Niemców dyrekcja w trybie nadzwyczajnym zakończyła rok szkolny. Starsze dzieci umieszczono u węgierskich gospodarzy, zostały tylko młodsze, do czternastu lat. Mają nakazane trzymać się razem, nie rozrabiać. Tak, w internacie będzie bezpieczniej - podejmuje decyzję ksiądz Varga po konsultacji z Matką Boską.

- Wypij do końca, pójdziesz pobawić się z dziećmi - zachęca widząc, że Krysia odstawia kubek.

Przed południem odprowadza ją do internatu.

W świetlicy jest rodzeństwo Kosów: Tereska, Olek i Felek. Krysia zna ich ze szkoły. Bawią się razem.

Późnym, gorącym popołudniem przywołana przez kogoś na korytarzu niechętnie odrywa się od pudeł z kolorowymi klockami.

W półotwartych drzwiach świetlicy stoi jakiś mężczyzna w ciemnym ubraniu. W pierwszej chwili wzięła go za księdza, ale to nie ksiądz.

- Chcesz zobaczyć się z ojcem? - pyta ten człowiek.

Krysia głupia nie jest. Po tym, co wie o gestapo i co wszyscy naokoło mówią o kapusiach, nie ufa obcym. Wie, że nie wolno. A jednak przytakuje. Nie rozumie, dlaczego.

- Przyjdę po ciebie o drugiej - mężczyzna dotyka jej ramienia i natychmiast oddala się tak szybko, że w ciągu następnych godzin Krysia kilka razy zadaje sobie pytanie, czy to zdarzyło się naprawdę.

Jednak nie zasypia. Leży z otwartymi oczami. Gorąco jej. Przykryła się po czubek nosa, żeby nikt nie zobaczył, że nie zdjęła sukienki.

Zegar na klasztornej wieży uderza dwa razy, gdy ciche pukanie do drzwi podrywa ją na nogi.

- Idziemy - mówi mężczyzna szeptem.

Noc jest gęsta, czarna, choć upalny dzień zapowiadał pogodę. Przedzierają się opłotkami z dala od szosy, w całkowitej ciszy. Tylko ubiegłoroczne liście chrzęszczą pod stopami.

Nieoczekiwanie mężczyzna przystaje. Gestem głowy pokazuje, że doszli. Dopiero wtedy Krysia dostrzega w odległości paru metrów zarys jakiejś szopy.

W środku jest tylko drewniany stół i krzesło. W kącie siennik. Zza stołu, z małą lampą naftową w ręku, wstaje Henryk Sławik. Światło pada na jego twarz. On, a jakby nie on. Zapuścił brodę.

Siadają. W ciszy rozlega się nagle trzask ćmy, która wpadła w płomień lampy.

- Wiesz, że mamusię zabrali? - pyta Krysia. Żal jej ćmy.

- Wiem.

- I co teraz będzie?

- Nie wiem, czy z tego wyjdziemy - ma na sobie koszulę z podwiniętymi rękawami, odpiętą pod szyją, jak czasem w domu.

Krysi chce się płakać. Może z powodu ćmy.

- Nie głodnaś? Mam chleb, ser.

Kręci głową. Ogarnia ją senność. Budzi się na sienniku przykryta kocem. Przez zasłonięte jakąś szmatką okienko przedziera się słońce, niemal białe, jak to bywa w rozgrzane południe.

- Wrócisz dopiero na noc - mówi Sławik.

Rozmawiają. Trochę jedzą.

Kiedy zbliża się pora, Sławik odzywa się: - Będę działać w ukryciu. Nie martw się, wszystko się ułoży - niezgrabnym ruchem głaszcze ją po głowie.

Tamten człowiek przychodzi po północy.

- Weź to - nagle ojciec wciska jej w dłoń jakiś twardy, niewielki przedmiot. Zegarek. Srebrny zegarek, który nosił.

- Żebyś pamiętała, że z tobą jestem.

Krysia owija zegarek w szmatkę, przewiązuje na brzuchu, pod sukienką. Za drzwiami odwraca się jeszcze, żeby mu pomachać, ale już nic nie dostrzega w ciemnościach.

***

O tym, że go aresztowali, dowiaduje się od jednej z nauczycielek.

- To przez Henrykowskiego - mówi - podobno zadenuncjował go Henrykowski.

O Stanisławie Henrykowskim już dawno w Balatonboglár chodziły słuchy, że konfident. Jak ksiądz Andrzej Czeluśniak, nauczyciel religii i francuskiego, uciekał gestapowcom z posterunku żandarmerii, był widziany tylko przez jednego człowieka, Henrykowskiego właśnie - i Czeluśniaka złapali. Chwalili się donosem informującym, że młodzież męska polskiego gimnazjum i liceum w Balatonboglár jest ćwiczona w sztuce wojennej i że w internacie przechowuje się pięćdziesiąt rewolwerów. Za jedno i drugie dawali kulę w łeb. Ten donos napisał Henrykowski.

Krysia nigdy przedtem nie słyszała o Henrykowskim.

- Bądź dobrej myśli - mówi nauczycielka. Poprawia jej włosy.

29 lipca wcześnie rano mieszkańców Balatonboglár budzi warkot silników. Dwudziestoosobowy oddział gestapo wpada do najważniejszych budynków obozu. Działają precyzyjnie, według planu opracowanego wcześniej na podstawie donosów konfidentów i raportów agentów. Wyłapują nauczycieli.

Krysia chowa się najpierw w schowku na narzędzia pod schodami w części magazynowej. Słyszy, jak naokoło wszyscy nawołują się, biegają. Nagle ktoś zagląda pod schody. Felek Kos. Za nim Tereska.

- Uciekajmy! Szybko! - krzyczy Felek.

Kiedy Krysia orientuje się, że się zgubili, jest sama, słońce zamienia się w pomarańczową kulę, która szybko napiera na wierzchołki drzew.

Sprawdza. Zegarkowi ojca umocowanemu w szmatce pod sukienką nic się nie stało. Jest głodna i chce jej się pić. Rozgląda się. Po prawej stronie rozciąga się pole z dojrzewającym zbożem, gdzie się kończy - nie wiadomo. Na wprost i po przeciwnej stronie, ściana lasu w łagodnym zakolu.

Instynktownie wybiera drogę przez pole, na skos.

Do pierwszej chaty dociera w ciemności rozjaśnionej jedynie różowym pasmem zawieszonym na niebie od zachodu.

- Chciałabym kawałek chleba - mówi, gdy na progu zjawia się gospodarz zaniepokojony ujadaniem psa.

Elżbieta Isakiewicz

* Było to jedyne w okupowanej Europie gimnazjum polskie. Założył je Komitet Obywatelski dla Spraw Uchodźców Polskich na Węgrzech, którym kierował Sławik. Relacja dyr. Jędrasika oparta na "Wspomnieniach polskich uchodźców w latach 1939-1945", Federacja Stowarzyszeń Polsko-Węgierskich RP, Warszawa 1999