E-mail

English








Polscy Żydzi jadą do Izraela

Alija, czyli pod górę

Rzeczpospolita, 28 grudnia 2002

Tamar pochodzi z rodziny "w zasadzie żydowskiej". Rodzice ukrywali pochodzenie. Ona jednak chciała, żeby jej własne dzieci były religijne.


Tych, którzy wyjechali z Polski, Anna spotkała latem podczas wakacji w Izraelu. Mówi, że są zbyt dumni i uparci by przyznać, że nie idzie im wcale łatwo.


Żyć nad Morzem Martwym może każdy Żyd z diaspory. Przyjąć izraelskie obywatelstwo, niekoniecznie zrzekając się starego, to inaczej dokonać alii i zostać olimem. Alija po hebrajsku znaczy: w górę. Niektórzy mówią jednak, że pod górę - skoro w ciągu dwóch lat trwania intifady zginęło tam 650 osób. Osiadło - sześćdziesiąt tysięcy.


Tamar, Azriel i Miriam


W piwnicznym barku Tamar smaży naleśniki. Pochodzi z rodziny "w zasadzie żydowskiej", bo rodzice ukrywali pochodzenie, ale zna się na koszerności - od lat na wakacyjnych obozach fundacji Laudera pilnuje nieżydowskich kucharek. Chciała, żeby jej własne dzieci były religijne, jednak po śmierci męża, gdy została z kawalerką i jeszcze mniejszą rentą, poczuła, że nie zapewni im właściwiej edukacji. W synagodze Nożyków w Warszawie czasem brakuje minianu do odmówienia szabasowych modłów, a sklep z koszerną żywnością jest tylko jeden, i to od niedawna. Nawet Michael Schudrich, rabin Warszawy i Łodzi, przyznaje, że trudno być Żydem poza Izraelem. Przed sześcioma laty to on, ówczesny szef fundacji, podsunął Tamar myśl o wyjeździe dzieci. Zorganizował też zbiórkę wśród młodzieży żydowskiej z całego świata, starczyło akurat na dwa bilety. Obydwoje przeszli batmicwę i barmicwę (przybrali imiona Miriam Hana i Azriel) i pojechali na wakacje - trafili do chasydzkich rodzin w Jerozolimie. Mama martwiła się o nich, ale obydwoje czuli się dobrze. W trzy miesiące opanowali hebrajski, choć dla niej to ciągle "drut kolczasty". Wtedy postanowiła, że szkołę podstawową dokończą już tam - sama została w Polsce, bo drzew po czterdziestce się nie przesadza. Za plecami słyszała, że pozbyła się dzieci, sprzedała. Przez trzy lata żyła w depresji, ale "jak w coś się wierzy, to łatwiej się żyje". Miriam Hana i Azriel przylecieli trzy razy na wakacje. Zimą Tamar pierwszy raz do nich pojedzie, wcześniej pieniądze, które były na podróż, wolała wysyłać.


Azriel wynajął mieszkanie razem z kumplami z Ameryki, gdzie razem studiowali. Teraz uczy się ekonomii, ale chyba zacznie psychologię. Właśnie rzucił papierosy. Tamar mówi, że jest przedsiębiorczy i pełen luzu. Nie lubi dużo pisać, więc kontakt utrzymują dzięki telefonom komórkowym. Gdy są zamachy, rozmowa toczy się przez SMS. Ona pyta: "Żyjesz, syneczku? ". On odpowiada: "Wydaje mi się, że tak". "Synuś, te wybuchowe autobusy". "Mamo, jeżdżę tylko taksówkami". Azriel chyba znów pojedzie do Ameryki, bo nie chce iść do wojska. Raczej na długo - pobór w Izraelu obowiązuje do czterdziestki.


Jacek Cholewicki wyjeżdża do Izraela. W Warszawie zostawia tylko starego poloneza. Wylicza, że tu zdarzają się napady, rozboje i włamania - tam ludzie są uczciwsi.


Miriam Hana zdała maturę w renomowanej szkole religijnej dla dziewcząt, teraz uczy się grafiki i programowania. Ma 19 lat, ale nosi się skromnie: zakrywa obojczyk, łokcie i kostki. Służbę wojskową chce pełnić w szpitalu. Postanowiła też osiąść w Izraelu na stałe i właśnie dokonuje alii. Tamar, która pomaga jej kompletować dokumenty, narzeka, że co chwila musiała biegać do Żydowskiego Instytutu Historycznego, potem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i ambasady Izraela, gdzie każdą kartkę stemplują znaczkiem skarbowym, a to kosztuje przecież siedem złotych. "Wszystko przez Sochnut, który jest niesamowicie skrupulatny".


Gorzej się stało


Sochnut to hebrajska nazwa Agencji Żydowskiej, która pomaga Żydom z diaspory w dokonaniu alii. Oddziały ma w Europie, Ameryce Południowej, Stanach Zjednoczonych, byłych republikach radzieckich, Indiach. Jedyny polski emisariat mieści się w Teatrze Żydowskim w Warszawie - tuż obok synagogi Nożyków, siedziby gminy żydowskiej i barku Tamar. Powstał w 1989 roku. Trzy lata temu, gdy na aliję zdecydowały się ledwie trzy osoby, postanowiono jednak odwołać stałego rezydenta. Zastąpiła go Mira Naveh, odpowiedzialna w Sochnucie za całą Europę Wschodnią. Do Polski przyjeżdża co dwa miesiące, a na co dzień za pancernymi drzwiami z domofonem siedzi starsza pani Dora. Z pytaniami odsyła do szefowej, która nie udziela odpowiedzi bez pozwolenia swojego szefa, a ten nie odbiera telefonu. Ostrożność wskazana, bo Sochnut - choć finansowany jest głównie dzięki darowiznom z Ameryki - stanowi część struktur wywiadowczych. Na rozmowę z panią Naveh czekałem pół roku.


Pochodzi z Polski, chociaż w rozmowie czasem brakuje jej słów. Wyjechała w 1971 roku, przez Wiedeń. Zamieszkała z mężem w Jerozolimie, mają czwórkę dzieci urodzonych już tam - część z nich studiuje. Czy dokonała alii? "Oczywiście". "Z Polski wyjeżdża około dziesięciu osób rocznie, w tym roku - już jedenaście. Olim na pozwolenie czeka kilka tygodni, nieraz miesięcy. Wszystko zależy od dokumentów, a dokumenty znaleźć ciężko" - mówi Naveh. "Żydowskie pochodzenie trzeba poświadczyć od drugiego pokolenia wstecz. Ale archiwa zostały spalone, a ludzie nie trzymali papierów: aktów urodzenia, ślubu i zgonu. Także świadectw szkolnych, na których przed wojną wpisywano żydowskie pochodzenie. Jak się nie uda znaleźć, to nie jadą. Często się tak zdarza, zresztą w całej Europie Wschodniej. Kiedyś były fałszerstwa, ale odkąd pracuję w Polsce, nie spotkałam się z tym".


Osiedlanie Żydów na terenie Izraela zaczęło się już w XIX wieku, choć Ben Gurion - premier rządu i zarazem szef Sochnutu - powstanie państwa ogłosił dopiero w 1948 roku. Pięć lat później Kneset uchwalił Prawo Powrotu, dzięki któremu "każdy Żyd może wrócić do tego kraju". To prawo od 1970 roku obejmuje także nieżydowskich małżonków, dzieci z mieszanych małżeństw i wnuki. Do tej pory skorzystały z niego trzy miliony osób. W ostatnich latach fale emigracji przyszły z Rosji (tamtejsi Żydzi stanowią połowę olimów, rocznie przyjeżdża ich ponad 25 tysięcy), Rumunii, Etiopii oraz Argentyny.


Pani Naveh w listopadzie przyjechała na jeden dzień do Warszawy i na jeden do Łodzi. Spotkała się z trzema rodzinami, które chcą wyjechać - żadna z nich nie zgodziła się na rozmowę ze mną. Naveh opowiada, że większość olimów łączy się z rodzinami, które wyjechały już dawno: dzieci do rodziców, rodzice do dzieci, żony do mężów. To głównie Żydzi z małych miasteczek, gdzie panuje bieda. "Bardziej martwi ich, że ciężko o pracę, a nie intifada. Większość była w Izraelu już wcześniej, ale czasem zadają pytania: czy można iść po ulicy, czy nie strzelają? W Polsce widzę, że telewizji można się przestraszyć: ona przygotowuje ludzi na gorsze, niż tam się dzieje" - mówi Naveh. Odkąd "gorzej się stało", sama żyje normalnie, choć wybuchy potrafią napsuć krwi. Po każdym przez dwa, trzy dni nie puszcza dzieci do kawiarni. Gdy może, podwozi je samochodem. "Przyzwyczajenie".


Intifada, palestyńskie powstanie przeciwko izraelskiej okupacji, wybuchła w Strefie Gazy w 1987 roku i wykluczała użycie broni. Od dwóch lat jest inaczej: zamachowcy, zwani pigułami, zakładają pasy pełne dynamitu i wysadzają się w tłumie Żydów. W ciągu dwóch lat samobójcze ataki zabiły 630 osób, tysiące było rannych. W Ambasadzie Polskiej w Tel Awiwie mówią, że Polacy nie ucierpieli. Wśród zabitych byli jednak Żydzi o polskich korzeniach, których w Izraelu jest kilkaset tysięcy. Wśród nich są starzy ludzie, którym zostały jeszcze ojczyste nazwisko i język, ale większość zrzekła się obywatelstwa kilkadziesiąt lat temu. To oni kontaktują się z ambasadą, prosząc o zwrot obywatelstwa i paszport, bo stare lata chcą spędzić w Polsce - około dziesięciu osób rocznie. O tym, że tyle samo przyjeżdża, ambasada nie wie, bo olimowie nie utrzymują z nią żadnego kontaktu.


Białe zęby


Jacek Cholewicki urodził się w 1959 roku. Jest dyplomowanym pielęgniarzem, ale pracował w telewizji (od magazyniera do kierownika produkcji). O tym, że "ja jestem Żyd", wiedział od dziecka. Starał się żyć jak rówieśnicy, choć czasem wołali: "Icek, Icek". Potrzebę żydowskości poczuł w latach osiemdziesiątych; podczas sporadycznych wypraw do synagogi rozglądał się na boki. Na kursach u Laudera naukę hebrajskiego zaczął od alfabetu. W tym roku szlifował język na letnim stypendium uniwersytetu Jakkar w Jerozolimie. "W Izraelu nie czuję się samotny". Kontaktował się z tamtejszym oddziałem Sochnutu - ze wstępnego rozeznania wynika, że rząd jest opiekuńczy dla nowo przybyłych. W Warszawie zostawia tylko starego poloneza. Wylicza, że tu zdarzają się napady, rozboje i włamania - tam ludzie są uczciwsi. Zamachy? "Słyszałem pigułę, który zdetonował się w autobusie. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku. Ale życie wszędzie pełne jest heroizmu".


W Izraelu przypominał sobie stan wojenny: co 50 metrów posterunek żandarmerii z długą bronią, policyjne zapory kontrolujące samochody. Opowiada, że z czasem wzbudziło to w nim poczucie bezpieczeństwa. Chyba złudne, bo jednak wrócił. "Wojnę czuć tam skórą" - ucina. To są drobiazgi. Nerwowe kręcenie głową w autobusie. Słoik kiszonych ogórków sprawdzany na lotnisku. "Dziewczyna zaczepiająca mnie na ulicy, ma śliczne białe zęby, rozmawiamy przez chwilę, mamy się razem uczyć, dzień później ginie w zamachu na uniwersytecie hebrajskim - zidentyfikowana po zębach". Miriam Gonczarska opowiada też o Benie, kumplu z Ameryki, którego Cholewicki poznał podczas wakacji: wieczorem byli na lodach, następnego dnia zginął na uniwersytecie. Cholewicki wyjechał, ale ona wie, że musi zostać. Ma 30 lat, w Izraelu mieszka od czterech. Mówi, że alija to kwestia biurokratyczna - tak samo, jak przedłużenie wizy, która chwilowo się skończyła.


Dzisiaj ciepło, drugi raz tej jesieni padało, na niebie tęcza. W jesziwie przerażenie, bo według Tory tęcza to kara za grzechy. Gonczarska mówi, że o jej pobycie w Izraelu zadecydował Bóg. Przez dwanaście godzin dziennie czyta aramejskie teksty w jesziwie - sama chce zostać nauczycielką w szkole religijnej. Korytarzem idzie właśnie dziewczyna, poraniona kiedyś w zamachu. Za nią chłopak, którego narzeczona zginęła wtedy na uniwersytecie - ciągle ma opuchniętą twarz od płaczu. "W jesziwie uczą się Żydzi z Ameryki, których rodzice dostają histerii z tego powodu. Ale nikt z nas nie szuka śmierci, to ona znajduje nas. Noszę na sobie niebieską gwiazdkę i czuję się jak na muszce. Wiem, że czas tutaj jest krótszy niż gdzie indziej" - mówi Gonczarska. "Gdy w gazecie pisano o pigule na Bali, w pierwszej chwili byłam przekonana, że to o Izraelu. Zastanawiałam się nawet, dlaczego nikt nie dzwoni". Młoda Izraelka powiedziała jej kiedyś, że w mundurze czuje się jak smerf ścigany przez Gargamela. Jednak poświęcenie dostrzega raczej u Palestyńczyków (w czasie obecnej intifady zginęło ich trzy razy więcej niż Żydów), choć nie jest ono godne szacunku i naśladowania.


Dla Gonczarskiej to przełomowy moment w historii żydowskiej. Jej dziadek był lewitą i przewodniczącym gminy w hiszpańskim miasteczku, zginął w Auschwitz. Ona została pierwszą ochrzczoną osobą w rodzinie, która udawała katolicką, bo tak było trzeba. Przed wyjazdem zajmowała się działalnością pozarządową. Nie znalazła religijnego Żyda, którego mogłaby poślubić - osiadła więc w Izraelu. "Widać stąd Polskę, chociaż tyle się zrobiło, żeby być daleko" - mówi i przypomina przysłowie "Łatwiej wyciągnąć Żyda z galutu, niż galut z Żyda" - galut to wygnanie. "Patrzę na szary krawężnik: liście z drzewa, kapsel, zmięta paczka po papierosach, kamienie - zupełnie jak w Polsce. Czy podnosząc oczy, nie żałuję, że to Izrael? Jestem tu, bo mam odpowiednią szkołę, ubrania, przyszłość. Ale tutaj wszystko jest na poważnie, naprawdę. Gdyby w Krakowie była dobra jesziwa dla kobiet... Boże mój".


Każdy człowiek ma rację


Skromny Dzień Kultury Żydowskiej w Warszawie przy synagodze Nożyków ochrania kilkunastu dryblasów, każdy z małym pomarańczowym kółkiem w klapie czarnej marynarki. Codziennie wieczorem spaceruje tam dwóch policjantów. Rabin Michael Schudrich przyznaje, że teraz motywacja wyjazdu musi być wysoka, bo czas niepewny i nerwowy, a najczęstszym powodem jest chęć prowadzenia życia religijnego. Tacy ludzie trafiają zwykle do niego. Ile podobnych rozmów przeprowadził? W ciągu dwunastu lat pobytu w Polsce, około dwudziestu. "Alija to wielka rzecz, wszyscy o niej myślą. Ale każdy człowiek decyduje, gdzie chce mieszkać, i ma rację" - mówi. Właśnie po raz drugi pomógł Miriam Hana, córce Tamar - zaświadczył na piśmie, że znał jej matkę i babcię jako Żydów. "Moja babcia była w żydowskim domu dziecka, tam nie rozdawali dokumentów. Znalazłam jednak akt zgonu babci, bo została pochowana na cmentarzu Żydowskim. Dałam, co miałam, ale ciągle czegoś brakuje" - opowiada Miriam Hana. Śmieje się, że list od rabina bardzo ładny, a czy pomoże, to się okaże po zakończeniu strajku, bo na razie nie ma jak dotrzeć do Sochnutu w Tel Awiwie (sama mieszka w Jerozolimie) - rząd pada i panuje bałagan.


Michael Schudrich, rabin Warszawy i Łodzi, (u dołu) przyznaje, że trudno być Żydem poza Izraelem.


Fot. Marian Zubrzycki


Pamięta, że bez mamy było ciężko, ale w Izraelu spodobało jej się od razu. "Nawet jedzenie było bardziej koszerne. Ale najbardziej Żydzi. Są jak bracia". Nigdy nie chciała wrócić do Polski? "Tutaj jest Ziemia Święta". Intifada to dla niej znak, że ludzie muszą się poprawić. Zresztą w religijnej dzielnicy Jerozolimy jej nie odczuwa. Do miejsc, gdzie najczęściej wybuchają bomby, czyli galerie handlowe i deptaki z restauracjami, chodzić nie potrzebuje. "Bóg nas prowadzi i chroni". Jednak, pytana o powody alii, odpowiada, że wiara nie ma znaczenia, bo "można być religijnym bez alii". "W Izraelu łatwiej żyć, mając izraelskie obywatelstwo. Kiedy się tu przyjeżdża, państwo ofiarowuje pomoc. Nie wiem, czy ja dostanę jakieś pieniądze, bo mieszkam tam już sześć lat. Powiedziałam, że nic nie zarabiałam, tylko się uczyłam. Powinno się udać, ale i tak odesłali mnie do... Jak to się nazywa? Pan zna hebrajski? Do biura dla wyjątków". W rozmowie czasem przechodzi na angielski.


Miriam Hana dokonuje alii teraz, bo wcześniej nie była pełnoletnia - dzieci mogą to zrobić tylko wraz z rodzicami. Zna rodzinę z Wrocławia, której wystarczył sam akt zgonu babci, ale teraz jest dużo trudniej, bo wiele osób chce skorzystać z pomocy - w tym roku już 27 tysięcy. Jeszcze w latach osiemdziesiątych olimom zapewniano mieszkanie, pracę i kurs hebrajskiego, ale przy tylu imigrantach to niemożliwie. Pomoc zredukowano więc do jednorazowej zapomogi w wysokości 13 tysięcy szekli (około 12 tysięcy złotych), darmowego ubezpieczenia na pół roku, niskooprocentowanej pożyczki na mieszkanie i kursu języka. Nawet pani Naveh przyznaje, ze kiedyś było lepiej, chociaż wciąż istnieją biura, które radzą olimom, gdzie iść i o co pytać. Sochnut na stronie internetowej podpowiada też, by potrzebne dokumenty trzymać w osobnych teczkach zebranych w skoroszycie, podczas pakowania szczególnie starannie owijać nogi krzeseł, przed wyjazdem ściągnąć długi i powiedzieć wszystkim do widzenia.


Zadymiony pokoik, w którym Anna tłumaczy z jidysz, znajduje się u szczytu schodów budynku gminy żydowskiej - przez okno widać Sochnut. Dwa lata temu Anna biegała tam z dokumentami. W Izraelu spodobało się jej za pierwszym razem, gdy pojechała z liderami żydowskich organizacji młodzieżowych: uzbrojony strażnik pokazywał zakazane miejsca i prawie dobili targu z Arabami (Anna za sześć wielbłądów). Teraz myśl o alii nazywa spóźnioną szczenięcą głupotą. W ciągu kilku lat pożegnała za to kilku dobrych znajomych. Ich emigrację odbiera jak porażkę. "Reakcja ucieczkowa, życiowa klęska, decyzja desperacka, skuszenie propagandą, los tułaczy" - wylicza. Spotkała ich latem, podczas wakacji w Izraelu. Mówi, że są zbyt dumni i uparci by przyznać, że nie idzie im wcale tak łatwo.


Barbecue na kamienistym wzgórzu


Specjalne programy Sochnutu obejmują ludzi młodych, którzy nie muszą jechać na zawsze. Józefina tylko na wakacje, bo trzeba wracać na politologię - była jedyną wolontariuszką z Polski. Ma w domu plakat ze zdjęciami kilkuset ofiar od początku trwania intifady, choć sama przyznaje, że stary, bo zabitych przybywa. Mówi, że po zamachach wszyscy załamują ręce, a ona postanowiła pomóc. Pracowała w pogotowiu ratunkowym w Aszkelonie. To tuż koło Strefy Gazy, ale było spokojnie - żadnych piguł. "Wywieźli nas do lasu, tu wszystkie drzewa sadzi się ręcznie na kamienistych wzgórzach. Jest gorąco, śpiąco, spokojnie jak na Bliskim Wschodzie" - wysłała pozdrowienia z barbecue dla wolontariuszy. Grała z nimi w paintball. Opowiada, że poznała masę przyjaciół i ma już do czego wracać.


Jakub Kowalski


 


Niektórzy bohaterowie prosili o wykreślenie z tekstu ich nazwisk, tłumacząc to względami bezpieczeństwa.