E-mail

English








Wypaczony Bialy Dom

Wokół głośnej książki Boba Woodwarda "Bush at War"Edward Luttwak z Waszyngtonu

Tygodnik Powszechny grudzien 2002


Wszyscy wiemy, dlaczego politykę zagraniczną powinno się czasem uprawiać w tajemnicy: jeśli dotyczy ona zamorskich łotrów (a często dotyczy), to uprzedzanie ich o przyszłych posunięciach nie jest dobrym pomysłem. Jednocześnie w Stanach Zjednoczonych prawie wszyscy zgadzają się (choć urzędujący prezydenci są innego zdania), że mają prawo wiedzieć, w jaki sposób Waszyngton podejmuje wielkie decyzje o wojnie i pokoju – nawet jeśli trzeba przy tym ujawnić ważne tajemnice...


Wielu dziennikarzy prasowych usiłuje odkryć, kto co powiedział, nim podjęto taką lub inną decyzję, ale Bob Woodward uczynił z tego swoje pełnoetatowe zajęcie. Dziennikarz "Washington Post" co jakiś czas publikuje sprawozdania o rozmiarach książki, skomponowane na podstawie rozmów ze znaczącymi uczestnikami znaczących wydarzeń. Obecnie dostajemy do ręki jego ostatnią relację, która zaczyna się wielką traumą 11 września i kończy, trochę bez konkluzji, pozostawionym bez odpowiedzi pytaniem o Irak – nadal przedmiot gwałtownej dyskusji w administracji Busha.

Polityka zagraniczna jest zagadnieniem godnym poważnej refleksji. Ale większość z nas jest niegodna, bo interesuje się nie tylko procesami, ale także ludźmi („Dżentelmeni rozmawiają o rzeczach, słudzy rozmawiają o ludziach” – brzmiało wiktoriańske napomnienie). Teraz, dzięki Woodwardowi, nareszcie wiemy: sekretarz obrony Donald Rumsfeld jest arogantem – do tego stopnia, że traktuje zasłużonych generałów jak chłopców na posyłki – i egomaniakiem, który nie uznaje niczego poza swawolnym użyciem siły, nawet do zmiany reżimu, jak w przypadku Iraku. Z kolei sekretarz stanu, Colin Powell, jest mądry i rozważny – to człowiek, który w pojedynkę, dzięki znakomitej i cierpliwej dyplomacji zapewnia poparcie sojuszników dla amerykańskich celów. Zgadnijcie, z którym z nich rozmawiał Bob Woodward?

 

Prezydent Bush nie powtórzył błędu ojca i też rozmawiał z Woodwardem wiedząc, że w przeciwnym razie Colin Powell napisałby swoją wersję najnowszej historii – tak jak w książce Woodwarda o Wojnie w Zatoce z 1991 r., w której generał obsadza się w roli poprawnego politycznie mistrza umiaru, w przeciwieństwie do impulsywnego Busha seniora. Tak więc w książce Woodwarda widzimy George’a W. zupełnie innego od wizerunku, jaki codziennie pojawia się w światowych mediach i dyplomatycznych pogawędkach zagranicznych polityków: powierzchownego i głupiego jak but podżegacza wojennego. U Woodwarda prezydent panuje nad rządem, łącznie z cywilnymi jastrzębiami z Pentagonu, pośredniczy nie tylko między często sprzecznymi stanowiskami swoich doradców, ale też między rywalizującymi siłami spoza Stanów Zjednoczonych.I tak toczy się ta systematycznie stronnicza relacja Woodwarda – produkt metody będącej w zasadzie cichym szantażem: „porozmawiaj ze mną, podziel się częścią rządowych tajemnic albo przynajmniej osobistymi zwierzeniami, bo w przeciwnym razie zostaniesz przeze mnie obsadzony w roli czarnego charakteru”. Ta stronniczość sięga nawet niższego szczebla rządu: Richard Armitage, zastępca Powella i źródło Woodwarda, jest niezwykle skromnym człowiekiem, który chce jedynie służyć szefowi i musi być zmuszany, by wystąpić w telewizyjnych programach informacyjnych, podczas gdy Paul Wolfowitz, zastępca Rumsfelda (nie będący informatorem Woodwarda) przychodzi na zebrania pryncypałów, odzywa się nie czekając na swoją kolej i musi być uciszany przez Andrew Carda, szefa administracji Białego Domu.

 

Beneficjentami słabości Woodwarda do jego źródeł bywają też całe instytucje. Jednym z rozmówców dziennikarza był George Tenet, szef CIA – w rezultacie książka podtrzymuje agencyjne złudzenie adekwatności działania CIA, mimo że bezwiednie dostarcza szereg dowodów na jej indolencję. Jednym ze smacznych kąsków dzieła Woodwarda jest ujawnienie operacji GE/SENIORS, groteskowo bezużytecznej akcji, w której 30 afgańskich agentów za 10 tys. dolarów miesięcznie śledziło Osamę bin Ladena. Agenci w cudowny sposób opanowali tę sztukę niemal do perfekcji („wydawało się, że Seniorzy przez większość czasu wiedzieli, gdzie przebywa Osama”), a jednak jakoś nigdy nie potrafili poinformować dowództwa na tyle szybko, by zdążono odpalić pociski rakietowe – choć wiemy, że zanim bin Laden stał się nieuchwytnym uciekinierem (o ile jeszcze żyje), pędził w Afganistanie pod władzą talibów zaskakująco normalne życie rodzinne, w otoczeniu żon, dzieci i służących w swoim sporym gospodarstwie. Tym, co uczyniło całą operację tak bezowocną, był oczywiście brak na miejscu oficera CIA, który przypominałby dzielnej trzydziestce o ich obowiązkach – to stała cecha długotrwałych operacji CIA na niebezpiecznym terytorium: oficerowie agencji są jedynie analitykami, a ludzie z pionu operacyjnego są zastanawiająco „nieoperacyjni”. Sam Tenet zrobił dużo, żeby to zmienić: odkurzył prawie zlikwidowaną „paramilitarną” jednostkę w kierownictwie operacyjnym, ale nie tak łatwo obalić kulturę unikania ryzyka w amerykańskich służbach specjalnych.


Ten sam błąd – niedostrzegania ewidentnych wad biurokratycznych przepisów, które służą same sobie – Woodward popełnia na większą jeszcze skalę, kiedy relacjonuje sprawę CSAR, która o dwa tygodnie opóźniła rozpoczęcie nalotów na Afganistan. CSAR (Combat Search and Rescue – poszukiwanie i ratowanie w czasie walki) dotyczy jednostek helikopterowych do ewakuacji pilotów, którzy musieli katapultować się nad terytorium wroga. Nieważne, że talibowie nie mieli zintegrowanej obrony przeciwlotniczej z siecią radarów namierzających pociski rakietowe, że mieli niewiele dział przeciwlotniczych i właściwie żadnych rakiet: generałowie nalegali, by jednostki CSAR znalazły się w sąsiednim Uzbekistanie i były przygotowane do akcji, zanim rozpoczną się naloty. Ostatecznie to „strzelający z biodra” Rumsfeld i jego jastrzębie w cywilu zapewnili szybkie i eleganckie zwycięstwo – a to dzięki odrzuceniu faworyzowanych przez większość generałów konwencjonalnych metod z użyciem sporych sił i zastosowaniu novum w postaci połączenia specjalnych jednostek wojskowych („zielonych beretów”) i paramilitarnych jednostek CIA z precyzyjnymi nalotami.


Właśnie sprawdzony w Afganistanie nowy styl działań wojennych, który Rumsfeld próbuje propagować w Pentagonie kosztem tradycyjnych rozwiązań, pozostaje prototypem wojny, która może się rozpocząć w Iraku. Nawet jeśli małym i zwrotnym oddziałom amerykańskim musiałyby podczas walk na pustyni z dużymi siłami irackimi towarzyszyć setki czołgów i wszystkiego, co za nimi podąża, to liczba zaangażowanych żołnierzy będzie o wiele mniejsza od 250 tys., jakich żądają wojskowi przyzwyczajeni do koncepcji użycia całych armii. Dyskusja na ten temat ciągle trwa. Wraz z nią utrzymuje się podwójna rola Colina Powella: jest on zarówno sekretarzem stanu, który słusznie nalega, by dyplomacja była pierwszym i głównym rozwiązaniem w każdej krytycznej chwili, jak i byłym przewodniczącym kolegium szefów sztabów armii USA, który pozostaje w bliskim kontakcie z wojskowymi przyjaciółmi. A ci mają swoje sposoby – np. sprytne obstrukcje i wiarygodne opóźnienia – stawiania oporu innowacjom Rumsfelda.Ta trójwładza w Pentagonie nie ma precedensu w annałach waszyngtońskich intryg. W efekcie ciężar przeniesienia tych niebezpiecznych rozgrywek na godniejszy poziom „procesu podejmowania decyzji” i utrzymania go w jakiej takiej równowadze spada na doradczynię Busha ds. bezpieczeństwa narodowego Condoleezzę Rice, jej zastępcę Stephena Hadley’a i wiceprezydenta Dicka Cheney’a. W wypełnianiu tego zadania Condoleeza Rice nie potrzebuje życzliwości Woodwarda: wszyscy w Waszyngtonie zgadzają się, że robi ona dokładnie to, do czego zobowiązuje ją funkcja. Nie byłoby to tak wielkim wyczynem, gdyby nie fakt, że większość jej poprzedników wolała uzurpować sobie rolę sekretarza stanu lub obrony, bądź obydwu – zaniedbując obowiązki i gorzej służąc swoim prezydentom.


Czytelnicy „Bush at War” od razu spostrzegą, że oferuje im się raczej elitarne plotki na temat wojennych narad i polityki zagranicznej niż opis istoty obydwu – nawet w najmniejszych porcjach. Z dzieł Woodwarda jasno wynika, że nie jest on zainteresowany polityką zagraniczną jako taką. W efekcie za każdym razem, kiedy musi wspominać obce państwa, kultury, zagranicznych przywódców i ich działalność, jego komentarze – jeśli już wykroczą poza banały – ujawniają zadziwiającą ignorancję.


Nikt, na przykład, nie powiedział Wood-wardowi, że autorzy ataków z 11 września (i wielu wcześniejszych) nie byli ortodoksyjnymi muzułmanami – lub po prostu muzułmanami, by nie komplikować sprawy – ale wyznawcami ekstremalnej islamskiej sekty wahhabitów, która dopiero ostatnio została rozpropagowana na świecie przez szkoły i meczety ufundowane przez Saudyjczyków i ich ulubionych biznesmenów, takich jak bin Laden. Nie posiadając tych informacji, Woodward nie może wytłumaczyć, dlaczego prezydent Bush lekceważy możliwość katastrofalnego dla Stanów Zjednoczonych antyamerykańskiego zwrotu w polityce przywódców Arabii Saudyjskiej w przypadku jakiejkolwiek wojny z Irakiem. Tak jest od początku do końca tej książki – to zaś wypacza poglądy Białego Domu na temat wojny i dyplomacji, o które sprzeczają się „białe” i „czarne” figurki Woodwarda.

Przełożył Mateusz Flak

EDWARD LUTTWAK jest amerykańskim politologiem, doradcą w Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie. Stale współpracuje z "TP".