E-mail

English






Tischner, Kołakowski, Michnik

Rzeczpospolita, 12 stycznia 2001

JAROSŁAW GOWIN

ZA KILKA DNI UKAŻE SIĘ PIERWSZE LEGALNE KRAJOWE WYDANIE "POLSKIEGO KSZTAŁTU DIALOGU" KS. JÓZEFA TISCHNERA. WCZEŚNIEJ KSIĄŻKA UKAZAŁA SIĘ W PODZIEMIU I WYDAWNICTWACH EMIGRACYJNYCH.

Tekst Jarosława Gowina jest posłowiem do książki ks. Józefa Tischnera "Polski kształt dialogu", która ukaże się pod koniec stycznia nakładem Wydawnictwa Znak.

 

Mogło to być wiosną 1996 lub 1997 roku. Po nagraniu w studiu krakowskiego radia kolejnego odcinka "Dialogów bez pointy" jak zwykle odprowadzałem Księdza Profesora. Wracał do siebie, na ul. Kanoniczą, albo, najczęściej, odwiedzał redakcję "Tygodnika Powszechnego". Podczas jednego z takich spacerów próbowałem go namówić do wznowienia "Polskiego kształtu dialogu". To jeden z paradoksów rynku wydawniczego i wielka strata dla polskiej kultury, że ta owiana legendą książka do tej pory nie ukazała się oficjalnie w kraju - przekonywałem.


Słuchał z wyraźną niechęcią, potem dłuższą chwilę milczał.


- Ja ich wtedy nie znałem - powiedział w końcu. - Adama, Jacka, Leszka... Kiedy zetknąłem się z nimi osobiście, zmieniłem o nich zdanie. Trzeba wydać tę książkę, ale dopiero gdy napiszę do niej wstęp, pokazujący moją obecną ocenę ich poglądów.


Wkrótce potem Ksiądz zachorował. Nie chciał wracać do dawnych sporów, do dzieła, którego nie lubił. Czuł, że zostało mu mało czasu. Skoncentrował się na tym, co najważniejsze. Wczytywał się w dzieła mistyków, wielkich teologów, nielicznych filozofów, jak LŽvinas. Pisał o Bogu, o miłości, o sensie życia i sensie cierpienia.


Nowy wstęp do "Polskiego kształtu dialogu" nie powstał. Mimo to książka musi się ukazać, bo, jak by powiedział Ksiądz Profesor, tak trzeba. Jest zbyt ważna jako dokument historyczny, jako epizod w intelektualnej biografii autora, ale także - jestem o tym głęboko przekonany - jako ciągle inspirujący komentarz do naszych obecnych debat. A lukę po nienapisanym wstępie przyjdzie częściowo zapełnić niniejszemu tekstowi, obrazującemu ewolucję poglądów ks. Tischnera na formację określaną w latach 70. mianem "lewicy laickiej".

LESZEK KOŁAKOWSKI


Niebo w czerwonych płomieniach


Wyniesiona z domu silna pobożność ludowa, już w liceum poddana dodatkowo szlifowi intelektualnemu przez lekturę "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku", nie do końca chroniła przed fascynacją systemem "sprawiedliwości społecznej". Patrząc wstecz na swoje życie, ks. Tischner wyznawał u jego schyłku: "myślę, że gdybym nie wierzył w Boga, kiedyś zostałbym marksistą". Rozterki młodości sam widział po latach także jako przyczynek do opisanego przez Czesława Miłosza "zniewolenia umysłów". Przyznawał, że dzieło Miłosza odebrał "częściowo jako książkę o sobie. Przeżyłem kuszenie umysłu. Walczyłem z tą pokusą. Wielu z nas musiało toczyć z nią ostre boje, niewielu było na nią zaszczepionych". Po stronie "światopoglądu naukowego" opowiedziała się - takie przynajmniej wrażenie można było odnieść pod wpływem machiny propagandowej - niemal cała polska elita kulturalna. Filozoficzni kapłani "nowej wiary" (na czele z najwybitniejszym z nich Leszkiem Kołakowskim) stanowili zagrożenie nie tylko realne (krytyka z ich strony z dnia na dzień pozbawiała pracy wybitnych uczonych "burżuazyjnych", Tadeusz Kroński sposobił się właśnie, by "sowieckimi kolbami" nauczyć "ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji"); groźna była również ich pozorna siła przekonywania (płynąca, paradoksalnie, z myślowego prostactwa marksizmu).


Młodemu, pozbawionemu głębszego zaplecza intelektualnego chłopakowi ze wsi brakowało argumentów, które mógłby przeciwstawić zwodniczej logice diamatu. Argumentów tych nie dostarczano mu także w seminarium; myśl katolicka, co ks. Tischner z wyrzutem podkreślał wielokrotnie, nie była przygotowana na konfrontację z marksizmem. Katolicka nauka społeczna wchodziła zresztą w okres, w którym podlegała intensywnemu oddziaływaniu ze strony idei socjalistycznych, zwłaszcza idei sprawiedliwości społecznej.


ADAM MICHNIK


Lekcja starych mistrzów


Tym, co przecięło wątpliwości ks. Tischnera, było spotkanie z wielkim filozofem Romanem Ingardenem. Wprowadził on ówczesnego wikarego z Chrzanowa w arkana metody fenomenologicznej, dzięki której mógł rozpocząć samodzielne poszukiwania filozoficzne. Zetknięcie się z Ingardenem oraz całym środowiskiem filozoficznym UJ okazało się ważne dla młodego księdza również z innego powodu. Ingarden w czasach stalinowskich odmówił jakichkolwiek koncesji na rzecz ideologii marksistowskiej. Musiał liczyć się z wszelkimi tego konsekwencjami: pozbawieniem pracy, skazaniem rodziny na nędzę, groźbą uwięzienia. Mimo to dochował wierności imperatywowi uczciwości intelektualnej. Kiedy po 1956 roku mógł wraz z gronem swych uczniów podjąć na nowo pracę akademicką, stworzył na Wydziale Filozofii enklawę intelektualnej niezależności. Podobne zresztą były losy i postawy licznych kontynuatorów szkoły lwowsko-warszawskiej; gdy prof. Izydorze Dąmbskiej złożono propozycję powrotu na uniwersytet, obwarowała to oświadczeniem, że nie będzie wychowywać studentów "w duchu socjalizmu". Jak pisze Wojciech Bonowicz, "w Tischnerze, przyzwyczajonym raczej do widoku ludzi, którzy co innego mówią, a co innego myślą, którzy żyją na co dzień w świecie kompromisów i kamuflażu, pozbawiona dwuznaczności postawa Dąmbskiej i Ingardena budziła najwyższy podziw". W "Polskim kształcie dialogu" porównywał ją z postawą tych myślicieli, którzy dostarczali uzasadnień totalitarnemu reżimowi, i wynik porównania był dla marksistowskich filozofów miażdżący: "Gdybyśmy chcieli zastosować do ich działalności ich własne rozróżnienie między tym, co 'subiektywne', a tym, co 'obiektywne', moglibyśmy powiedzieć, że niezależnie od 'subiektywnych' przekonań 'obiektywnie' pełnili w systemie rolę zbliżoną do roli denuncjatorów".


Przykład ludzi takich jak Ingarden czy Dąmbska pod jednym jeszcze względem dawał ks. Tischnerowi do myślenia. W ich przypadku sokratejski opór wobec dyktatury nie miał podłoża religijnego; etos filozoficzny, tak jak go rozumieli, nakazywał im programowe zachowanie dystansu wobec wiary i Kościoła. Korzeni późniejszej otwartości ks. Tischnera na niewierzących czy poszukujących, jego szacunku dla świata wartości laickich szukać trzeba zapewne właśnie w doświadczeniu spotkania z odwagą i niezależnością myślenia starych mistrzów.


Niepokorni, otwarci katolicy, rewizjoniści


W drugiej połowie lat 60. rozpoczął się nowy etap "polskiego kształtu dialogu": proces stopniowego zbliżania się ideowego i nawiązywania współpracy między środowiskami katolickiej inteligencji, identyfikującymi się z programem "katolicyzmu otwartego" ("Tygodnik Powszechny", "Znak", "Więź", Kluby Inteligencji Katolickiej), a kręgami coraz bardziej rozczarowanych do "realnego socjalizmu" marksistowskich rewizjonistów. Ci ostatni powoli przewartościowywali swój, tradycyjnie nieprzychylny, by nie powiedzieć wrogi, stosunek do religii i Kościoła. Prekursorska rola przypadła pod tym względem Kołakowskiemu. Po okresie czynnego zaangażowania w stalinowską kampanię zwalczania "katolickiego obskurantyzmu", z czasem zaczął dostrzegać w religii nieusuwalne narzędzie oswajania się z fundamentalnym, ontologicznym pęknięciem ludzkiej natury, przybierający postać mitu wyraz wpisanej w tę naturę potrzeby przeżywania świata jako ładu.


Po stronie katolickiej filozoficzna płaszczyzna dialogu odgrywała znacznie mniejszą rolę. Trudno się temu dziwić, gdyż uwaga katolików całego świata koncentrowała się w tym okresie nie na poszukiwaniach intelektualnych, lecz na wielkim przełomie, jaki w dziejach Kościoła zapoczątkował Sobór Watykański II. W dokumentach soborowych, przenikniętych duchem powrotu do ewangelicznych korzeni chrześcijaństwa i otwarcia się na świat współczesny, inteligencja katolicka odnajdywała głębokie teologiczne uzasadnienie dla postawy dialogu ze środowiskami laickimi.


Katalizatorem tego dialogu okazały się jednak wydarzenia polityczne. Antysemicka i antyinteligencka nagonka propagandy partyjnej po Marcu 1968 r. doczekała się oficjalnego protestu zgłoszonego w Sejmie przez Koło Poselskie Znak. W tamtych warunkach było to aktem wielkiej odwagi i mogło ściągnąć na całe środowisko ostre represje. Dla rewizjonistycznej lewicy Marzec stanowił brutalny wstrząs. Nadzieja, że "bezklasowe" i "internacjonalistyczne" społeczeństwo komunistyczne położy kres nastawieniom antysemickim, należała do ważnych motywów akcesu do komunizmu ze strony laickich inteligentów (wśród których stosunkowo dużo było osób pochodzenia żydowskiego). Teraz na własnej skórze (często w sensie dosłownym) doświadczali prawdziwości słów Czesława Miłosza: "jest ONR-u spadkobiercą Partia". W atmosferze krachu młodzieńczych ideałów, partyjno-ubeckich prześladowań, zmuszania osób mających odległe nawet korzenie żydowskie do emigracji, społecznego ostracyzmu wyrażającego częściowo nastroje antysemickie, a częściowo przekonanie, że cały Marzec to efekt walk frakcyjnych wewnątrz PZPR, gest solidarności ze strony najmniej oczekiwanej, bo katolickiej, wywołał kolejny wstrząs moralny, tyle że pozytywny. Łuski spadały z oczu ostatnim już ideowym komunistom, równocześnie słabły uprzedzenia wobec Kościoła, odkrywać zaczęto nieznany kontynent wiary, co po kilku latach zaowocować miało licznymi, mniej lub bardziej trwałymi, nawróceniami.


Ks. Tischner przypatrywał się jednak tym wydarzeniom z rezerwą. Pochłonięty pracą filozoficzną, przejął od Ingardena przekonanie, że obowiązkiem uczonego jest zachowywanie neutralności i dystansu wobec polityki. Nie bez wpływu na jego ówczesne zapatrywania pozostawało rozpowszechnione wśród ludzi Kościoła widzenie Marca właśnie jako wyrazu wewnątrzpartyjnych porachunków. Krytycznie oceniał również hasła zbuntowanej lewicowej młodzieży, nie dostrzegając w nich programu pozytywnego. Nie wierzył, by Marzec zostawił po sobie trwałe ślady; analizując w znakomitym eseju "Chochoł sarmackiej melancholii" pomarcowy klimat społeczny, wskazywał na poczucie beznadziejności, rezygnacji, zgody na "zdegradowane przeżywanie istnienia".


Z takim nastawieniem był jednak ks. Tischner odosobniony w kręgu "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego". W 1971 roku ukazała się książka będąca rodzajem manifestu programowego środowiska: "Rodowody niepokornych" Bohdana Cywińskiego. Autor z sympatią pisał o tradycjach niepodległościowego socjalizmu i "wolnomyślicielstwa", a z drugiej strony akcentował aktualność tego nurtu polskiego katolicyzmu, który symbolizowały podwarszawskie Laski, z jego gotowością do dialogu z niewierzącymi, krytycyzmem wobec nacjonalizmu i świadomością potrzeby głębokich reform społecznych. W ożywionych dyskusjach nad książką nie mogło zabraknąć głosu ks. Tischnera. Ale jego komentarz (bardzo aluzyjny ze względu na konieczność liczenia się z cenzurą) wyraźnie dystansował się wobec przesłania książki.


Wolno zatem przypuszczać, że w owym czasie szukanie przez Kościół zbliżenia z laicką inteligencją uważał ks. Tischner za mało istotne; obawiał się, że ma ono podłoże doraźnie polityczne, a zresztą również od strony politycznej partnera do dialogu dla Kościoła zdawał się przyszły kapelan "Solidarności" upatrywać we władzach (w czym zgadzał się z prymasem Wyszyńskim).


Taką interpretację ówczesnych poglądów ks. Tischnera potwierdza sposób, w jaki zareagował na książkę Adama Michnika "Kościół, lewica, dialog". Była ona laicką odpowiedzią na "Rodowody niepokornych". Owiany już wtedy romantyczną legendą młody działacz lewicowej opozycji dokonał w swej pracy szczegółowej analizy postaw hierarchii kościelnej oraz reprezentatywnych środowisk laikatu katolickiego wobec komunizmu i przejawów łamania praw człowieka. Wniosek, jaki wyciągnął ze swych historycznych ustaleń, szedł pod prąd wielopokoleniowych stereotypów myślowych "postępowej" inteligencji: w czasach totalitaryzmu Kościół okazał się sojusznikiem wolności i demokracji. Michnik wzywał swe środowisko do zasadniczego przewartościowania stosunku nie tylko do instytucji kościelnej, ale i do samej religii. "Ludzie lewicy laickiej - pisał - winni pragnąć zbratania z chrześcijanami nie mimo ich wiary, ale dzięki ich wierze".


Ksiądz nieufny i krytyczny


Propozycja dialogu, wysunięta przez Michnika, nie spotkała się z życzliwym przyjęciem autora "Polskiego kształtu dialogu". Wspominałem już, jak surowo oceniał myśl marksistowską okresu stalinowskiego. Ale również na późniejszą jej ewolucję patrzył niezwykle krytycznie. Zarzuty nie ominęły nawet tych filozofów, którzy odważyli się podjąć otwartą konfrontację z reżimem, jak Kołakowski. Jego poglądy na religię oceniał ks. Tischner jako "książkowe", powierzchowne, nieujmujące istoty fenomenu wiary. Skąd brała się swoista ślepota wybitnego umysłu? "Kołakowski był wprawdzie wrażliwy na godność człowieka, ale nie był wrażliwy na to, co działo się wówczas z tą godnością w Polsce. Nie widział konkretu - konkretu plebejskiej wiary. Nie miał żadnego uczestnictwa w przeżyciach prostego chłopa czy robotnika, który klęczał w niedzielę przed ołtarzem i wcale nie czuł się w tej pozie mniej ludzki i mniej godny siebie. Aby to wszystko widzieć i to wszystko czuć, wcale nie trzeba było samemu wierzyć. Wystarczyło żyć Polską. Kołakowski mieszkał w Polsce, ale patrzył z wysoka, z dystansu".


Te surowe słowa odnosiły się do poglądów autora "Kultury i fetyszy" z lat 50. i 60. Ks. Tischner zdawał sobie sprawę z dalszej ewolucji postawy Kołakowskiego wobec religii, ale z delikatnością powstrzymywał się od jej analizy, jakby nie chcąc stwarzać wrażenia, że "zawłaszcza" wybitnego filozofa dla Kościoła. Z uznaniem przyjmował śmiałość i przenikliwość rozliczenia się autora "Głównych nurtów marksizmu" z potworną spuścizną tej myśli. Broniąc godności człowieka przed marksistowskim totalitaryzmem, Kołakowski zbliżał się do chrześcijaństwa; nie od strony dogmatów, ale od strony etosu ucieleśnionego w ofierze Chrystusa.


O wiele bardziej sceptycznie odnosił się ks. Tischner do myślowego dorobku pozostałych przedstawicieli demokratycznej lewicy, z Michnikiem na czele. Fakt, że odkrycie przez Michnika antytotalitarnego charakteru chrześcijaństwa zostało odczytane w środowisku lewicy laickiej jako nowatorskie, kwitował ks. Tischner zgryźliwą uwagą, iż dało ono tym samym dowód, jak bardzo było wyobcowane z realnego życia Polski - nieodrodny syn Podhala jakby nie potrafił przyjąć do wiadomości istnienia w naszym kraju tradycji z gruntu laickich; z drugiej strony, bulwersujące dla wielu sformułowania ks. Tischnera są w oczywisty sposób prawdziwe: ludzie lewicy laickiej od pokoleń zamieszkiwali nie w rzeczywistej Polsce, lecz w utopii "szklanych domów", które ostatecznie (w marksistowskim wydaniu) okazały się koszmarnym więzieniem dla całego narodu.


Ks. Tischner wyraźnie dystansował się wobec entuzjazmu, z jakim książkę Michnika przyjmowali jego przyjaciele z "Tygodnika" czy "Znaku". Pojęcie "demokratycznego socjalizmu" - dowodził - jest wewnętrznie sprzeczne. Nie jest też jasne, jak socjalizm "demokratyczny" ma się do socjalizmu "urzędowego". W sposobie zdefiniowania samego pojęcia "lewicy laickiej" (jako synonimu wszystkiego, co w tradycji humanistycznej wzniosłe) dostrzegał ks. Tischner ziarno moralnego szantażu: "z praktycznego punktu widzenia rzecz pachnie jakąś formą 'moralnej demagogii', bo cóż mi pozostaje, jeśli nie poprę ideałów laickiej lewicy? Nic tylko: 'szowinizm, ucisk narodowy, obskurantyzm, bezprawie' i inne tym podobne okropności. Kiedyś, za stalinizmu, nie mieliśmy wyjścia, bo nie pozwalały na to 'żelazne prawa dziejów', dziś także nie mamy wyjścia, bo nie pozwala na to wzniosła - rzekłbym nawet: nazbyt wzniosła - etyka 'demokratycznego socjalizmu'. Zmieniliśmy poziom rozważań, ale struktura jakby pozostała". Przede wszystkim jednak propozycja dialogu sformułowana przez Michnika skażona była, zdaniem ks. Tischnera, grzechem upolitycznienia: działacza KOR-u fascynowała w Kościele jego siła polityczna, cenił go jako potężną instytucję, w której szukał taktycznego sojusznika do walki z komunizmem.


Trudne przyjaźnie duszpasterza "Solidarności"


Wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, papieska pielgrzymka do ogarniętej apatią ojczyzny, powstanie "Solidarności" jako efekt przebudzenia wizytą Jana Pawła II - ten ciąg historycznych wydarzeń odmienił życie ks. Tischnera. Skupiony do tej pory na pracy akademickiej, teraz wciągnięty zostaje w wir działalności publicznej. Słynne kazanie na Wawelu do przywódców ruchu związkowego czyni z niego - wbrew woli samego zainteresowanego - duszpasterza "Solidarności". Jeździ na spotkania po całej Polsce, odprawia msze za ojczyznę, otwiera I Zjazd "Solidarności", poznaje setki nowych osób, w tym bohaterów "Polskiego kształtu dialogu": zbuntowanych przeciw systemowi dawnych rewizjonistów i rzeczników "demokratycznego socjalizmu". Osobisty kontakt zmienia stosunek ks. Tischnera do ludzi lewicy laickiej; budzą jego zaufanie, zawiązują się nici przyjaźni, w ferworze działania niedawne spory ideowe wydają się abstrakcyjne.


Ale stosunek ks. Tischnera do masowego powrotu polskiej inteligencji do Kościoła w latach 80. był bardzo ambiwalentny. Z jednej strony, jako duszpasterz środowisk naukowych i twórczych, otaczał duchową opieką wielu z tych, którzy na nowo lub po raz pierwszy próbowali odnaleźć drogę do Boga. Już wtedy otaczała go aura "księdza od spraw trudnych". Z drugiej strony, masowa skala nawróceń budziła jego wątpliwości. Przestrzegał przed nieautentyzmem, uleganiem zbiorowej egzaltacji. Wskazywał na nieuświadamiany przez samych zainteresowanych polityczny podtekst zbliżenia do Kościoła. Wiara w Kościół (jako siłę polityczną) nie jest jeszcze wiarą w Boga - ironizował. Przestrzegał przed traktowaniem religii jako rękojmi doczesnych nadziei; prawdziwa wiara - pisał - to nie platońskie wyjście z jaskini ku światłu, lecz skok w ciemność. Przewidywał rychłe nadejście fali rozczarowania Kościołem. Streszczając przedśmiertne refleksje Andrzeja Kijowskiego na temat nawrócenia, wyraźnie dawał wyraz własnym przekonaniom: "Pamięć o trudach drogi powrotu pozostawi w Nim pewien niepokój. Po niewielu latach będzie świadkiem powrotu do Kościoła całych rzesz polskiej inteligencji - jak niegdyś odchodziła, tak teraz wraca! Nie ufa tym powrotom. Wydają mu się zbyt łatwe. Zbyt mało kosztują. Nie, nie zamierza nikogo przepędzać - wie, że za Chrystusem szli rozmaici ludzie, ale wie też, że ci, na których dokonywał cudów, stali się potem Jego apostołami. Pisze więc o polskim stereotypie nawrócenia: najpierw cios, potem cud i wiara przeżywana jako sentymentalny odruch obrony. Mieliśmy więc wojnę i to, co po wojnie, potem cud wyboru papieża i teraz te tłumy wokół ołtarza. Czy wytrwają, gdy przyjdzie prawdziwa godzina próby?".


Próba, jaką mieli na myśli Kijowski i Tischner, była zapewne próbą męczeństwa. Godzina próby nadeszła nieoczekiwanie szybko. Ale była to próba w pewnym sensie trudniejsza. Próba wolności.


Miłosierni samarytanie


Jeśli ks. Tischner okazał się na tę próbę przygotowany mimo wszystko lepiej niż większość jego przyjaciół, tych, którzy dla odzyskania wolności narażali w czasach PRL życie, to stało się tak głównie za sprawą trzech przyczyn. Po pierwsze, w polskim Kościele od dziesięcioleci był tym, który najwytrwalej snuł refleksję nad wolnością, wskazywał na nią jako na warunek autentyzmu wiary. Po wtóre, doświadczenia lat 80. uczuliły go na niebezpieczeństwo upolitycznienia religii, sprowadzenia jej do poziomu świeckiej ideologii. Po trzecie wreszcie, od początku swej pracy duszpastersko-intelektualnej był ks. Tischner wnikliwym krytykiem deformacji polskiego chrześcijaństwa.


Krytyczna ocena działalności Kościoła po roku 1989 (zwłaszcza nasyconego integrystycznymi tęsknotami narkotyku "religii politycznej", którym wiele środowisk katolickich usiłowało uśmierzyć lęk przed "nieszczęsnym darem wolności") zbliżała ks. Tischnera do laickiej inteligencji, zaalarmowanej angażowaniem się przez instytucję kościelną w walkę polityczną. Druga strona odwzajemniała krytykę w dwójnasób. Ks. Tischner doświadczał bolesnego ostracyzmu ze strony wielu swych współbraci w kapłaństwie. Miano mu za złe m.in. to, że występował w obronie swoich laickich przyjaciół. Wskazywał, że do Kościoła zbliża ich personalistyczne ujmowanie człowieka i obrona jego praw. Porównywał ich do "miłosiernych samarytan" i przeciwstawiał ich postawę "faryzeizmowi" licznych katolików. Ostro sprzeciwiał się też dezawuowaniu zasług lewicowych dysydentów w walce z komunizmem. Rozczarowanie laickich liberałów Kościołem tłumaczył jego obnażonymi przez wolność wadami: autorytarnymi ciągotami, powierzchownością wiary, mentalnością spiskową, antysemityzmem.


Wyzwaniem pozostawała dla ks. Tischnera myśl Kołakowskiego. W latach 90. drogi ich myślenia spotkały się przecinając się w punkcie, który dość nieoczekiwanie dla obu stał się kwestią najważniejszą. Po dziesięcioleciach wypełnionych refleksją filozoficzną obaj stanęli przed bramą teologicznego pytania o łaskę i wolność. Potęga zła w człowieku każe zapytać, czy bez Bożego miłosierdzia jesteśmy zdolni uniknąć potępienia. Wszechmoc Bożej łaski nakazuje z kolei zastanowić się, czym właściwie jest w jej obliczu nasza wolność. Kołakowski próbował rozwikłać te odwieczne paradoksy metafizycznej kondycji człowieka, analizując spór jansenistów z molinistami i wgłębiając się w myśl Pascala. "Czy może to znaczyć - pisał ks. Tischner - że i on nie pyta już o to, czy wiara, czy raczej niewiara, lecz o to, jaka wiara?". Pytanie i tym razem (już na zawsze - i jest w tym może szczególna lekcja mądrości) pozostało bez odpowiedzi, jednak jego autor nie wahał się określić Kołakowskiego mianem "mistrza wiary".


Ale do ludzi ongisiejszej lewicy laickiej zbliżała ks. Tischnera również podobna wizja sytuacji politycznej i zadań stojących przed Polską. Jak dawni orędownicy "lewicy laickiej", autor "Nieszczęsnego daru wolności" radykalnie zmienił poglądy gospodarcze, z entuzjazmem popierając neoliberalny model modernizacji Polski. Jednoznacznie opowiadał się też za proeuropejską polityką rządu Tadeusza Mazowieckiego. Ustrojem politycznym, który zalecał niepodległej Polsce, była liberalna demokracja. W sprawie rozliczenia przeszłości był zwolennikiem "grubej kreski" - przebaczenia i zamknięcia rachunku historycznych win.


Mówiąc o dialogu autora "W krainie schorowanej wyobraźni" z kręgami laickimi, nie można pominąć jeszcze jednego czynnika: osobistych więzów przyjaźni. Zaufanie do konkretnej osoby, czystość intencji, którą dostrzegał w "twarzy bliźniego", były dla ks. Tischnera bodaj ważniejszym kryterium podejmowanych wyborów niż racje teoretyczne. Na stanowisku krakowskiego filozofa wobec spraw publicznych zaważyło zwłaszcza spotkanie z Michnikiem. Zafascynowanie heroizmem działacza KOR-u w czasach PRL po roku 1989 przerodziło się w trwałą przyjaźń, ale też częściowo - w myślowe uzależnienie ks. Tischnera; redaktor "Gazety Wyborczej" był dla Księdza autorytetem w dziedzinie polityki.


Wystrzegajmy się jednak banalizacji. W kontrowersyjnych gestach autora "Nieszczęsnego daru wolności" był też odruch solidarności z ludźmi niesprawiedliwie pomawianymi. Ale ostatecznym powodem zbliżenia ks. Tischnera do środowisk laickich był jego sposób przeżywania i pojmowania chrześcijaństwa: nie potępiać, lecz szukać okruchów dobra wszędzie tam, gdzie ono rozkwita, także za murami Kościoła.


Niezakończona rozmowa


A więc "kapelan 'Gazety Wyborczej'" - jak złośliwie określany bywał w kręgach zachowawczo nastawionych katolików? Sprawa jest bardziej złożona.


W wielu istotnych sprawach autor "Nieszczęsnego daru wolności" przez cały czas pozostawał w sporze ze środowiskami liberalno-laickimi; inaczej od nich podchodził do kwestii zakazu aborcji, aksjologicznych fundamentów konstytucji, zawarcia konkordatu, znaczenia patriotyzmu jako podwaliny porządku politycznego itp. W drugiej połowie lat 90. ks. Tischner w wyraźny sposób zaczął zresztą niuansować swoje widzenie rzeczywistości publicznej. Różnice zdań z Michnikiem i charakterystycznym dla jego otoczenia sposobem myślenia o Polsce pogłębiały się. Warto przyjrzeć się pod tym kątem Tischnerowskiemu posłowiu do wznowionego wydania "Kościoła, lewicy, dialogu". W tej serdecznej apologii autora książki ks. Tischner nie pominął spraw niepokojących dla siebie: uwikłania Michnika w pokusę władzy i tendencji do upolityczniania myślenia. Zdystansował się także wobec stanowiska swego przyjaciela w kwestii, w której poprzednio całkowicie go popierał: stosunku do problemu pamięci i przebaczenia.


Przede wszystkim jednak różnice dotyczyły dwu podstawowych dla porządku publicznego spraw. Pierwsza to problem publicznej obecności religii. I laiccy liberałowie, i ks. Tischner krytykowali Kościół za ingerowanie w politykę czy nierespektowanie zasady światopoglądowej neutralności państwa. Ale zdaniem krakowskiego duszpasterza publiczna obecność religii jest niezbędna dla dobrego funkcjonowania demokracji, podbudowując jej moralny fundament. Z tym wiązała się druga zasadnicza rozbieżność zdań: dotycząca rozumienia samej demokracji. Demokracja, której bronił autor "Nieszczęsnego daru wolności", to nie tylko system formalnych procedur, to "demokracja zakorzeniona" - osadzona w przestrzeni symbolicznej cywilizacji judeochrześcijańskiej, wyrastająca z charakterystycznej dla chrześcijaństwa koncepcji osoby, oparta na tradycjach narodowych, religii, lokalnych obyczajach i małych wspólnotach. Podnosząc w polemikach z integrystami znaczenie liberalnej koncepcji wolności, wytrwale podkreślał równocześnie, że wymaga ona pozytywnego dopełnienia; poprzestanie na wolności negatywnej byłoby bowiem powtórzeniem gestu Piłata. Przebudowę Polski pod hasłami liberalnymi oceniał ks. Tischner jako tylko częściowy sukces: "Miarą wolności stał się sukces ekonomiczny, a nie ideał autentycznego człowieczeństwa. Rewolucja liberalna, obalająca system komunistyczny, okazuje się rewolucją połowiczną". Dokończenie jej, dopełnienie jej moralnym sensem - oto wyzwanie, jakie stawia przed nami myśl ks. Tischnera.


"Polski dialog" będzie się więc toczył dalej, będziemy spierać się nie tylko o kształt życia publicznego, ale i o coraz ważniejsze problemy współczesnej cywilizacji: granice wolności w badaniach naukowych, sposoby rozumienia godności ludzkiej, definiowania rodziny etc. W tej niezakończonej rozmowie nadal obecny będzie głos ks. Tischnera jako inspiracja i jeden z trwałych punktów odniesienia.


Jarosław Gowin