E-mail

English






Stańcie do apelu poległych

Patrycja Bukalska

Tygodnik Powszechny, 17 sierpnia 2003

"Sprawdzić się. Nie zawieść. Wierzyć" - 60 lat temu powstał batalion "Parasol"

Po burzy tuje pachną mocniej niż zwykle. W popołudniowym, jaskrawym jeszcze słońcu, schną alejki cmentarza Powązkowskiego. Pusto. Tylko w kwaterze batalionu "Parasol" w milczeniu stoi kilkadziesiąt osób: uroczystości 60. rocznicy powstania oddziału. Z synem Adasiem idę wzdłuż nagrobków. Są identyczne, tylko wiek poległych jest różny - 16, 19, 21 lat. "Ziutek" - miał powodzenie u dziewcząt, poeta. "Szofer" - w nim podkochiwała się łączniczka dowództwa, Hanka Wichrowska, zginęła w czasie próby przebicia się do Śródmieścia. "Roma" - miała piękne warkocze, wszyscy je pamiętają. W ciszy padają nazwiska z długiej listy. Stańcie do apelu poległych..

Proszę jeść. Ja nie zjem więcej niż jedną. - zachęca Malina i podsuwa talerz moreli. Siedzimy w jej mieszkaniu. Malina ogląda biało-czerwoną opaskę z Powstania i zastanawia się, czy pranie aby jej nie zaszkodzi. - Na apel poległych założę. Ale na uroczysty obiad raczej nie. Mam za to elegancką suknię - myśli na głos, jak każda kobieta przed wielkim wyjściem. "Parasol" świętuje swoją 60. rocznicę. Na uroczystości 29 i 30 lipca przyjechali żołnierze batalionu rozsiani po świecie: z Tychów i Jurgowa, z Londynu i Kanady. - To ostatnia okrągła rocznica - mówią.

"Magik" na obchody Parasola wrócił z wakacji w Nicei. "Bolec" niespełna dwa tygodnie wcześniej przyjechał z Kanady, gdzie co roku spędza u dzieci kilka miesięcy. Teraz krząta się po kuchni odsmażając pierogi. Wyjmuje talerze, widelce. - Pan był ranny w rękę, prawda? - upewniam się. - A tak. Na Starym Mieście. Pocisk z moździerza - odwija rękaw i pokazuje bliznę.

"Bolec" naprawdę nazywa się Tadeusz Chojko. Rocznik 1920.

- Pseudonimu sobie nawet nie wybrałem. Mieliśmy wpadkę: koło naszego punktu kontaktowego ukrywali się Żydzi. Przyszło po nich gestapo, a przy okazji zgarnęli i nas - młodych chłopaków na schodach. Trzymali nas na balkonie, a że było jeden na jeden, tośmy się wyrwali. Ale lokal był spalony i pseudonimy też. Dowódca wymyślił nowe: "Jesteś najniższy, prawie niewidoczny jak bolec w maszynie. Ale bez niego nic nie będzie działać". I tak zostałem "Bolcem".

"Pucia", Maria Wiśniewska. Rocznik 1929. W domu mówili do niej Malina, utarło się tak do dziś, a i kolegom z konspiracji nieraz się myliło. Ale oficjalnie jest "Pucią".

- Pseudonimy to często była zabawa. Wymyślało się na poczekaniu, czasem przyjmując imię tego, w kim się kto podkochiwał. Np. koleżanka była "Pietrek" bo się zakochała w Piotrze. Ja zostałam "Pucią", bo miałam taką pyzatą twarz.

"Magik", Jerzy Bartnik. Rocznik 1930. Swój pseudonim przyniósł do wojska z warszawskiej ulicy. Jako 12-letni chłopak grywał w karty i kości. Zarobione w ten sposób pieniądze w większości oddawał mamie i babci.

- Wygrywałem ze starszymi. Wydawało się im to podejrzane. W końcu stwierdzili: "Albo oszukujesz, albo jesteś magik!".

Mission impossible

Latem 1944 r. Malina jak zwykle jeździła z rodziną do Świdra pod Warszawą, do posesji, której właścicielem był Jan Wedel. Na zdjęciu z jednego z wypadów widać, jak stoją w szeregu wszyscy bywalcy Świdra - młodzi, uśmiechnięci, piękni. Czwarta od lewej to Ewa, siostra Maliny. Zawsze uśmiechnięta. Jeszcze nie wie, że za kilka tygodni, wbrew temu, iż twierdziła, że konspiracja ją nudzi, będzie sobie dzielnie radzić w Powstaniu jako sanitariuszka. Obok Malina, z krągłą buzią, której zawdzięcza swój pseudonim. W przeciwieństwie do starszej siostry nad wiek poważna, patrzy przed siebie z zaciśniętymi ustami. Ma powody do dumy - w kwietniu trafiła do "Parasola", najsłynniejszej podziemnej jednostki.

- Była konspiracja, ale na mieście o "Parasolu" się po prostu mówiło. Wiadomo było, że przeprowadzają wielkie akcje - tłumaczy Malina. Od dawna starała się o kontakt z "prawdziwą organizacją". Harcerskie zbiórki i piosenki tylko ją niecierpliwiły, chciała walczyć. Marzenie wkrótce się spełniło. Na razie jeszcze jest dziewczynką w sukience w kwiatki. Lato na zdjęciu trwa. Jak zapach tui po burzy.

Decyzja o powołaniu specjalnego oddziału do walki z gestapo zapadła w Komendzie Głównej Armii Krajowej latem 1943 r. Jego trzon miało stanowić około 60 żołnierzy, wybranych z Grup Szturmowych Szarych Szeregów - wśród nich "Bolec". W "Parasolu" od początku. - Tam chodziło o odwagę i silne charaktery. Była selekcja. Wybierano ludzi gotowych na śmierć, którzy zawsze wykonają zadanie i nigdy nie zostawią kolegi. Nie wolno było się cofnąć o krok. Lęk został wyeliminowany. Jeśli ktoś się zawahał, nigdy więcej nie trafił do żadnej akcji. Ale i wcześniej było się obserwowanym.
"Bolec" opowiada o "próbie odwagi" - polecono mu wejść do budynku żandarmerii przy Placu Zamkowym i zebrać informacje o układzie pokojów, kto gdzie siedzi itd. Nie wpuszczano tam cywilów, a na pewno nie Polaków. Prawdziwa mission impossible.

- Teraz myślę, że chciano zobaczyć, co zrobię: czy się od razu wycofam albo czy po prostu nie nakłamię. Ale szczęście mi sprzyjało. To był deszczowy dzień i nagle zobaczyłem, że na Placu Zamkowym coś błyszczy na ziemi - złota odznaka hitlerowska. Było takich wszystkiego 10 tysięcy, więc rzecz była cenna. Wziąłem ją i poszedłem na posterunek żandarmerii. Postawiłem na bezczelność: powiedziałem wartownikowi, że chcę odznakę oddać właścicielowi osobiście, a jemu nie dam, bo ukradnie. Wpuścił mnie. Chodziłem od pokoju do pokoju i pytałem, czy nie zgubiono przypadkiem odznaki. Nikt mnie nie zaczepił, pewnie myśleli, że jestem volksdeutschem, skoro w ogóle mnie tam wpuszczono. Pochodziłem więc trochę, pooglądałem i żeby nie kusić losu, wyszedłem nie zatrzymywany przez nikogo.

"Parasol" to było marzenie każdego chłopaka - wzdycha "Magik" na eleganckiej kanapie w jego willi na Saskiej Kępie. Należał do najmłodszych parasolowych żołnierzy: kiedy zaczęło się Powstanie, miał 14 lat, a jednocześnie był jednym z bardziej doświadczonych. Trudno powiedzieć dokładnie, kiedy trafił do podziemia. Już jako 12-letni chłopak przenosił na polecenie matki i babci nie tylko paczki z podziemną prasą. Matka i ciotka w podwarszawskiej Zielonce współorganizowały produkcję granatów. Latem 1943 r. Niemcy aresztowali "Magika", mamę i jego młodszą siostrę Lalkę, ciotkę i jej kilkuletniego synka Dadka. Dzieciom dzięki pomocy jednego ze strażników udało się uciec. Matka i ciotka trafiły do Oświęcimia. Cudem ocaleni Lalka i Dadek zostali w mieście u babci, a "Magika" wysłano do lasu. W partyzantce Ponurego w Górach Świętokrzyskich zjawił się w eleganckiej tweedowej marynarce i pięknych oficerkach, które pożyczył od wuja w Warszawie. Wkrótce po oficerkach nie było śladu, spaliły się, gdy suszył je przy ognisku. Chłopak przeszedł ostre szkolenie.

Przyjęto mnie jako żołnierza. Wtedy złożyłem pierwszą przysięgę w AK. Był tam plutonowy "Sokół". Ależ on się nad nami znęcał! Jak się czołgaliśmy i pięty nam wystawały, kopał w nie bez litości. Ale pewnie dzięki jego twardej szkole przeżyliśmy.

Z partyzanckiego oddziału, w którym służył "Magik", żyje jeszcze kilkanaście osób, wśród nich jego opiekun Jerzy Stefanowski, "Habdank". Do Warszawy chłopiec przyjechał na przezimowanie pod koniec 1943 r., w kwietniu 44 r. trafił do "Parasola". W Powstaniu ze względu na leśne doświadczenie został obserwatorem, do jego obowiązków należało śledzenie pozycji i ruchów nieprzyjaciela, niekiedy samotne wypady poza powstańcze linie. W "Parasolu" walczył jednak tylko przez pierwsze sierpniowe dni. Potem trafił do Oddziału Specjalnego "Juliusz", gdzie dowodził sekcją butelkarzy. - To byli ludzie, którzy nie bali się śmierci. Desperaci. Większość zginęła.

Na zdjęciach zrobionych na barykadzie przy ul. Królewskiej pod koniec Powstania widać wychudzonego chłopaka z gęstą czupryną. Trudno uwierzyć, że ma 14 lat. Ma za to belki kaprala i zacięte, wściekłe spojrzenie.

Nie zawiedli

- Dopiero w Powstaniu okazało się, że w "Parasolu" była też moja siostra, Lalka - opowiada "Magik". - Konspiracja była taka, że nawet o tym nie wiedziałem.

"Magik" przysiągł matce, że będzie się siostrą opiekował. Nie udało się: 13 sierpnia na ul. Miodowej Lalkę rozerwał granatnik.

Ze zdjęcia okładki książki "Magik i Lalka" napisanej przez Malinę spogląda śliczna dziewczynka w ludowym stroju i chłopiec o wielkich, trochę smutnych oczach. To rok 1935 r. "Magik" na zdjęciu, wtedy jeszcze nazywany Luleczkiem, ma pięć lat. Jest mama, jest tata, wszystko jest jeszcze normalne. Cała rodzina szykuje się do wyjazdu do Gdyni, gdzie Edmund Bartnik, ojciec "Magika", zasłużony śląski powstaniec, ma kierować nowoczesnymi zakładami mięsnymi. "Magik" głaszcze okładkę ręką. - Malina nie chciała pisać o rzeczach okropnych. Na przykład o dwóch dniach walk na cmentarzu ewangelickim na początku Powstania. Spadł na nas grad pocisków z granatników, po prostu setki. Pamiętam rannych, którym jelita wychodziły na wierzch, rannych w płuca, którzy połykali krew płynącą im z ust. Pamiętam też jednego Niemca. Pojechałem po nim serią jak maszyną do szycia. Żył jeszcze, kiedy zabierałem mu parabellum, wołał: "Hilfe, hilfe", ale ja wiedziałem, że nie ma już żadnych szans.

"Magik" milczy przez chwilę, a potem mówi ostro i zdecydowanie: - Teraz to ja na ślimaka uważam na ścieżce, ale niech ludzie wiedzą, jaka jest wojna.

- W Akcji pod Arsenałem miałem być butelkarzem i zatrzymać więźniarkę butelką z benzyną. W ostatniej chwili okazało się, że nie ma dla mnie broni i kazali mi zrezygnować. Ale ja mówię: - Słuchaj "Zośka", mogę nie brać udziału w akcji, ale nie zabronisz mi popatrzeć. Dali mi dwa wiekowe pistolety, jeszcze 2 filipinki [produkowane przez AK granaty] i tyle miałem. Zostałem drugim butelkarzem. Pierwszemu nie udało się przebić szyby więźniarki. Moja kolej - opowiada z przejęciem "Bolec" - Pamiętam twarz kierowcy za szybą... Starałem się podejść jak najbliżej i mierzyć dokładnie. Rzuciłem i patrzę - dwie pochodnie wyskakują, udało się.

"Bolec" śmieje się. Pasuje do wyobrażeń o ludziach z tamtych czasów. Twardy, nieugięty, nieskory do wzruszeń. "Najdzielniejszy" - tak mówią o nim inni powstańcy. Siedzimy przy małym stole w mieszkaniu na 14. piętrze, trochę milczymy pijąc wino, trochę rozmawiamy o hodowli winorośli i sztuce kulinarnej. Widać, jak na balkonie wiatr targa surfinie, będzie burza. Nagle "Bolec" zaczyna mówić.

- Była w Powstaniu taka dziewczynka, dziewczyneczka. 16 lat miała, po prostu śliczna. Buzia okrągła i delikatna jak u dziecka, włosy ciemne. Miały taki złoty połysk. I jeszcze wiązała je w warkocze. Pamiętam, jak zobaczyłem ją na naszym punkcie sanitarnym, ranną. Straszny postrzał miała, z karabinu maszynowego w brzuch. Jak mnie zobaczyła, to się rozpłakała. Podbiegłem do niej i zacząłem uspokajać, głaskać. - To nic, dziecko, to nic, ja wiem, że boli - mówiłem.

- A ona mówi, że nie dlatego płacze, że boli, albo że mnie zobaczyła, ale dlatego, że nie była wczoraj na posterunku. To było dla niej najważniejsze, dla tego dziecka. Bo to jeszcze dziecko było. To było najważniejsze. "Romka", "Roma" - taki miała pseudonim - Bolec przerywa mocno poruszony i patrzy na surfinie. Zaczyna padać.

"Romę" Malina poznała jeszcze na Woli, w pierwszych dniach Powstania. - To była moja powstańcza przyjaciółka. Wycofano nas z Woli i zakwaterowano na Freta, na posesji ojców dominikanów. Na zapleczu był drewniany teatr i barak z umywalkami i to jeszcze z wodą! Zamknęłyśmy się tam we dwie, położyłyśmy na umywalkach i odkręciłyśmy wodę tak, że ciekła z kilku kranów na raz. Zaraz jednak uderzyła "szafa" i kąpiel się skończyła - opowiada Malina ze śmiechem.

Kolejne dni Powstania były coraz trudniejsze. Kończył się czas radosny. Pod koniec sierpnia "Roma" została śmiertelnie ranna w brzuch. Jej agonia trwała niemal trzy dni. Przez cały czas przy jej posłaniu siedziała Malina. Była też przy ekshumacji zwłok przyjaciółki z grobu w Parku Krasińskich w maju 1945 r. - Poznałam ją po czarnych warkoczach. Niemal wszystkie dziewczęta w Powstaniu obcięły włosy, bo nie było gdzie ich umyć, a co chwila spadał na nas gruz i pył. Roma swoje zostawiła.

- W Powstaniu czułam się żołnierzem i z tego byłam dumna. Kiedy byliśmy na Starym Mieście, mogłam odwiedzić rodzinę na ul. Boduena, ale gdzie tam... Zrobiłam to dopiero po przejściu kanałami ze Starówki do Śródmieścia. Zeszliśmy na dół nocą z 1 na 2 września, jako ostatnia grupa "Parasola" ze Starego Miasta. O 5 rano wyszliśmy na Wareckiej - przechodziłam koło domu i zamiast wstąpić i powiedzieć "żyję", poszłam dalej, aż oddział zatrzymał się w Al. Ujazdowskich. Dopiero tam poprosiłam o pozwolenie odwiedzenia rodziny.

W domu Malina zjawiła się popołudniu akurat na imieniny ojca, w spódnicy sztywnej od jodyny i krwi. Brudna i śmierdząca. Kąpała ją panna Ola, opiekująca się jej najmłodszą siostrzyczką po śmierci matki. - Najpierw musiała zeskrobać ze mnie brud i maź, żeby się dostać do skóry. Przebrałam się potem w czystą spódniczkę i nowe buty, niestety na obcasie, bo sandały zupełnie zniszczyły się w kanale.

W pantofelkach Malina wróciła do oddziału. O rodzinę nie martwiła się do chwili, gdy z pozycji na Czerniakowie zobaczyła naloty na Śródmieście.

- Poczułam straszliwy niepokój, gdy zobaczyłam niemieckie samoloty, aż schowałam się sama w kącie i zaczęłam płakać. Wcześniej nigdy mi się to nie zdarzyło. Okazało się, że właśnie wtedy spadła bomba na dom, w którego piwnicy schronili się moi bliscy. Po jednej stronie ludzie przeżyli, po drugiej nie. Mój ojciec i rodzeństwo ocaleli. Zginął Antoś, ten wysoki chłopak ze zdjęcia. Już wcześniej był chory, wdało się zakażenie, a on się zadręczał, że nie zdołał stawić się 1 sierpnia na Starym Mieście, że jego koledzy ze 104 kompanii Syndykalistów pomyślą, że zawiódł.

Nowe czasy, nowe życie

Po Powstaniu i "Magik", i "Bolec" poszli do niewoli jak wielu powstańców. Nie wrócili do Polski. Malina została. Z ocalałą rodziną zamieszkała w Łodzi. Poszła do szkoły. Miała w końcu dopiero 15 lat. - Byłam zwykłą uczennicą normalnej szkoły. O tym, co przeżyłam, co robiłam w czasie Powstania, nie opowiadałam, była to moja trudna i bolesna sprawa.

Było ciężko, ale jak się ma 15-16 lat, to radość życia jest silniejsza. Wyżywała się w sporcie i harcerstwie, które wkrótce przestało ją jednak bawić. Do Warszawy wróciła z rodziną w 1947 r. i tam już zrobiła maturę. Potem studia dziennikarskie, praca magisterska w 1955 r. na UW i w końcu - marzenie jej życia - w 1975 r. obrona pracy doktorskiej o prasie Szarych Szeregów napisanej pod kierunkiem prof. Aleksandra Kamińskiego "Kamyka". - Do dziś jest dla mnie wzorcem osobowym. Dla niego zawsze na pierwszym miejscu był najmniejszy zuch, a nie ważni oficjele - wyznaje Malina. Teraz znowu jest "na barykadzie". Pracuje nad sporządzeniem notek o powstańcach warszawskich.

- Po 60 latach zebrać dokładne dane nie jest łatwo. Wyszedł już tom 5. - nazwiska na litery A-Kr. Teraz zajmujemy się tomem 6. Razem będzie około 50 tysięcy notek! - opowiada z zapałem Malina, koordynator Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Powstania Warszawskiego, przygotowywanej przez wydawnictwo Bellona.

- W młodości chciałem być dyplomatą, poznawać świat, zwiedzać kraje. Przed wojną uczyłem się francuskiego, niemieckiego, angielskiego - mówi "Bolec". Języki przydały się po wojnie. Z niewoli trafił do Włoch, a potem przez Anglię do Kanady.

- Bryndza była i tyle. Żona, dwójka dzieci. Pracowałem w pralni chemicznej. Zarabiałem 30 dolarów na tydzień, do garnka nie było co włożyć, ale szczęście mi sprzyjało - wspomina "Bolec".

- Pamiętam jak w Ottawie poszedłem na ryby, myślałem, że coś złapię.

Wędkarze to specyficzni ludzie, niby małomówni, ale do siebie zawsze zagadają. Nad rzeką "Bolec" spotkał kadrowego w fabryce produkującej pralki, która właśnie dostała kontrakt na budowę samolotów i potrzebowała ludzi do pracy. Pensja: marzenie czyli 1,25 dolara na godzinę: przyjdź jutro do fabryki, nic się nie martw - zachęcał kadrowy.

- Nie miałem pojęcia o samolotach i wydawało mi się to nieuczciwe, ale dałem się przekonać. Obserwowałem majstra i po tygodniu wiedziałem, o co chodzi.

"Bolec" mógł już utrzymać powiększającą się rodzinę, a wkrótce awansować. Kiedy stanął na nogi i mógł żyć spokojnie, zdecydował się na kupno farmy w dzikiej kanadyjskiej puszczy. Sam karczował las, orał, uczył się doić kozę. - Chciałem pokazać, że mimo swego kalectwa [wskazuje na lewą rękę, w którą był ranny] dam sobie radę.

- W Anglii znalazłem się już wiosną 1945 r. - opowiada "Magik". - Miałem 15 lat, byłem inwalidą [w Powstaniu stracił oko] i nie znałem języka. Na początku nawet nie zamierzałem się uczyć, myślałem, że wkrótce wrócę do Polski i będę się bił z bolszewikami.

Stało się inaczej. "Magik" skończył jeden z lepszych londyńskich college'ów, został inżynierem i dostał dobrą pracę. Jak mówi, zawsze chciał być dyrektorem, jak ojciec i jego marzenie się spełniło. Kierował budowami w Afryce i Kanadzie. Z dumą pokazuje zdjęcie, na którym stoi obok służbowego mercedesa.

"To było zupełnie zwyczajne"

Głównym zadaniem "Parasola" było likwidowanie w błyskawicznych potyczkach na ulicach Warszawy niemieckich funkcjonariuszy skazanych przez sąd Polski Podziemnej na karę śmierci. W czasie roku działalności przed Powstaniem przeprowadzono 13 akcji, w tym słynny zamach na Franza Kutscherę - dowódcę SS i Policji na dystrykt warszawski. W tym czasie zginęło prawie 50 żołnierzy. W Powstaniu - prawie 300. W sumie przez batalion przewinęło się ponad 700 żołnierzy. Teraz w Polsce i zagranicą żyje jeszcze 120 członków "Parasola".

- Z obchodami 50-lecia batalionu nie ma jednak porównania. Mało nas już - szepcze do mnie Elżbieta Dziębowska, "Dewajtis", w czasie obiadu w Centrum Konferencyjnym Wojska Polskiego w Warszawie. Powstańcy, ich rodziny, zaproszeni goście. Atmosfera inna niż dzień wcześniej na Powązkach. Gwar, żarty jak na spotkaniu klasowym, wspomnienia o wojennych akcjach i niedawnych towarzyskich spotkaniach. Nawoływania, zapisywanie telefonów. Przed obiadem wręczano "Syrenki", odznaki zasłużonych dla miasta Warszawy - wianuszek wyróżnionych, których było więcej niż tych, którzy pozostali na krzesłach w głębi sali. Wśród odznaczonych Malina, "Bolec", "Magik". Nie są to ich pierwsze odznaczenia, "Magik" jeszcze w Powstaniu dostał Virtuti Militari. Dziś jest najmłodszym kawalerem Orderu.

Odznaczenia - nie o tym myśleli, gdy podejmowali walkę.

- Takie były okoliczności. Proszę mi wierzyć, to było zupełnie zwyczajne - "Dewajtis".

- Wtedy była inna hierarchia wartości. Zabrano nam szkoły, sprowadzono do roli poślednich pracowników. Jedyny sposób wykazania się to była walka - Malina.

- Takie było wychowanie. Tak nas kształtowała szkoła, rodzice. Ja nie wierzyłem, że w ogóle z tego Powstania wyjdę - "Bolec".

- Cieszę się, że byłam w Powstaniu. To wielka przemiana. Z kłopotów, klęski, potem degradacji, teraz na stare lata mamy coś dobrego. Dzięki Powstaniu mogę z dumą przeżyć starość - Malina zaciera ręce.

- Nawet teraz nie pozwoliłbym, żeby powstanie mnie ominęło. Taki idiota jestem - "Bolec" śmieje się.

- Nie myślało się o niebezpieczeństwie. Byłam dumna, że należałam do ludzi, którzy walczyli - Malina.

- Czy się bałem? Pewnie, że się bałem, ale swojego dowódcy się bałem bardziej - żartuje "Magik".

- Być wśród ludzi, którzy się sprawdzili. Świadomość tego to największa forma nagrody - mówi Malina.
Ona sama jak najbardziej teraźniejsza, z paznokciami u nóg pomalowanymi na czerwono i krótko ostrzyżonymi włosami, pełna planów, energii, jak najdalsza od egzaltacji, a jednak mówi to zupełnie serio. Sprawdzić się. Nie zawieść. Wierzyć.

"Panien rój, kwiatów rój i sztandary / Równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży / Alejami paradą będziem szli defiladą / w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi." Tak kończy się hymn "Parasola". Tak miało być. Tak widział to parasolowy poeta Józef Szczepański, "Ziutek". Zmarł z odniesionych na Starym Mieście ran 10 września 1944 r.

- Wie pani, co mną jakiś czas temu wstrząsnęło? - pyta Malina. - Staruszka, której obaj synowie zginęli w Powstaniu. Mieszkała sama w strasznych warunkach, w nieogrzewanym pokoju. I ona mówi mi, że kiedy synowie szli walczyć, powiedzieli jej, żeby się o nic nie martwiła, bo jeśli zginą, to Polska się nią zajmie.

Julia Hartwig

Victoria

Dlaczego nie tańczyłam na Polach Elizejskichkiedy tłum wiwatował na cześć końca wojny?Dlaczego to nie ja rzuciłam się w ramiona temu marynarzowiktóry schodząc z trapu z płóciennym workiem na ramieniubiegł ku mnie przepychając się przez rozgorączkowany tłumgdy z wszystkich megafonów dobiegały jużrozszalałe dźwięki bebopana przemian z Marsylianką i hymnem Boże strzeż Króla?Dlaczego nie rozbiłam butelki szampanaw pobliżu ich obu ubranych jeszcze w angielskie munduryi nie przeczuwających że kiedyś stanę u końca ich drogi?Dlaczego pisane mi było żebym na głównej ulicy Lublinana widok wchodzących oddziałów z czerwonymi gwiazdamipłakała z radości że nie usłyszę już znienawidzonego: Raus! i Halt!i z szarpiącego żalu że jest to cena za utracone marzenieo triumfalnym wjeździe bohatera na białym koniui o powrocie tych którzy podwójnie oszukanitu już wracać nie chcieliStanęliśmy więc - ci co się zachowali -na ulicach obróconej w pustynię Warszawyi dziś po latach odnajdujemy tam siebietrudnych do rozpoznaniana wyblakłych taśmach starych kronik filmowych

 

Zebrani na apelu poległych na warszawskich Powązkach powoli rozchodzą się. Pod prąd brnę z moim 3-letnim Adasiem. Niesiemy znicze - obiecałam mu, że jak będzie cichutko, pomoże mi je zapalić. Jasna główka przyciąga wzrok i uśmiechy powstańców. Wysoki, chudy pan o białych włosach stojący z boku alejki głaszcze go po cherubinkowatych lokach.

- Zaraz, zaraz, proszę poczekać - mówi i szybko sięga do kieszeni marynarki. Podaje małemu cukierka.

- Podziękuj - mówię do dziecka.

- Nie trzeba - przerywa mi mężczyzna - To ja dziękuję, że pani z nim tu przyszła.
Zapalamy znicze, powoli wracamy. Staram się nie stracić z oczu czerwonego podkoszulka Adasia radośnie migającego między płytami. Alejkę przebiega samotna wiewiórka. Tuje jeszcze pachną.

Dziękuję Michałowi Żakowskiemu, bez którego pomocy ten tekst nie mógłby powstać.